COVID-19: Mantra dla Muranowa

Tęsknota do świata

Był to jeden z pierwszych koncertów na żywo, jakie odbyły się w Polsce mimo trwającej już trzeci miesiąc pandemii. Prawykonanie Mantry dla Muranowa Wojtka Blecharza miało zapowiadać wystawę poświęconą historii żydowskiej dzielnicy Warszawy. Nadzwyczajne okoliczności zmieniły jednak sens tego wydarzenia. Ci, którzy dostali się na ekskluzywny (ze względów sanitarnych), dostępny głównie dla pracowników muzeum koncert, mogli na godzinę zapomnieć o zarazie. Może nie całkowicie, bo obowiązywały maseczki, odkażanie dłoni i dwumetrowy dystans, ale doświadczenie muzyki na żywo w spektakularnym wnętrzu Polin i tak miało właściwości terapeutyczne.

Mantra dla Muranowa w formie instalacji performatywnej zakładała mobilność wykonawców i odbiorców, płynną przestrzeń słuchania i wielopostaciowość samej muzyki. Stworzona wspólnie z Chórem Polin i solistami: Ewą Liebchen (flety), Michałem Górczyńskim (klarnety) oraz Piotrem Wróblem (puzon, suzafon), oferowała doświadczenie multisensoryczne, w którym kontemplacja dźwięku i architektury z przenikającym ją światłem łączyła się z ruchem, z chodzeniem. Tytułowa mantra realizowała się w formie stopniowo zapętlających się cykli wykonania. Poszczególne elementy dźwiękowe dobrze funkcjonowały osobno i razem, w różnych konfiguracjach. Organiczną częścią kompozycji było wnętrze Polin, które umożliwiało zmianę perspektywy słuchania.

Utwór sięgał do tradycji muzyki medytacyjnej. Początek – z powoli wybrzmiewającymi głosami wokalnymi i furkoczącymi instrumentami dętymi zlokalizowanymi na odległym pomoście – przypominał świeckie misterium późnego Nona. Potem jednak górę wzięły buddyzm zen i japoński minimalizm. Białe stroje chórzystów, miękkie, łagodnie eufoniczne współbrzmienia oparte na pentatonice i szeregu naturalnym, do tego gongi oraz nowoczesna architektura muzeum koiły nerwy, przywracały wewnętrzny spokój i harmonię. Utwór, który miał leczyć bóle fantomowe po stracie żydowskich współmieszkańców Warszawy, stał się seansem muzykoterapeutycznym dla garstki ludzi wyczerpanych wielotygodniową izolacją, oddzielonych od siebie nawzajem i od sztuki.

Po krótkim wstępie w hallu głównym pojedynczy wykonawcy odłączyli się od chóru i ruszyli w stronę schodów. Na piętrze, gdzie zlokalizowana była sekcja dęta, po prawej stronie, odwróceni ku pasmu okien chórzyści zaczęli grać na rurkach wah-wah. Za rogiem, niewidoczny, odzywał się pojedynczymi dźwiękami fortepian. Z tej najbardziej świetlistej – optycznie i dźwiękowo – przestrzeni przechodziło się do niemal całkowicie zaciemnionej sali koncertowej, w której dominował odgłos przesypywanych ziaren. Wyjście przez stację zasilania muzeum, w której warkotały dyskretnie ustawione na podłodze maleńkie głośniczki, wiodło ponownie do pełnego światła foyer, w którym uwagę przyciągały tym razem gongi. Na samym końcu oddzielone szklanymi drzwiami stało krzesło do samotnej kontemplacji, zwrócone w stronę pomnika Bohaterów Getta, otoczone dźwiękami z głośniczków i dochodzącym z zewnątrz ptasim śpiewem. Tęsknota do świata i wyczerpanie długotrwałym zamknięciem stawały się punktem spotkania historii z teraźniejszością. W tym miejscu cykl się domykał.

źródło: „Ruch Muzyczny” 13/2020

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s