Urodziny Dwójki

studio_lutoslawskiego_s1_mat_polskie_radio

Brak ambientu

Na początku marca radiowa Dwójka świętowała 83. urodziny. Z tej okazji, jak co roku, zorganizowała koncerty, których gospodarzami (kuratorami?) są od jakiegoś czasu (może odtąd śledzę te koncerty?) Jacek Hawryluk i Bartek Chaciński [EDIT: koncerty programuje sam JH, patrz komentarz BCh poniżej]. Programy koncertów odbywających się, co zrozumiałe, w siedzibie radia (tegoroczne w Studio im. Witolda Lutosławskiego), prezentują oblicza amerykańskiego minimalizmu. W 2018 roku zabrzmiał utwór In C Terry’ego Rileya, w zeszłym roku były to Songs from Liquid Days Philipa Glassa. Tegoroczne urodziny radio świętowało muzyką Erika Satiego, Mortona Feldmana i Briana Eno.

W programach tych rozpoznajemy i muzyczne upodobania dziennikarskiego duetu HCH, i chęć przyciągnięcia możliwie szerokiej publiczności poprzez prezentację muzyki nieco lżejszej, wykraczającej poza głównie klasyczny profil stacji. Tak wiele okazji do posłuchania na żywo twórczości nestorów amerykańskiego minimalizmu znowuż nie mamy (innej muzyki słuchamy jeszcze rzadziej lub wyłącznie zagranicą, ale to inna sprawa). Nawet jeśli te programy są adresowane do średnio wymagających słuchaczy, to nie są to przecież kolejne koncerty chopinowskie (skojarzenie nieprzypadkowe, bo urodziny Dwójki zbiegają się z urodzinami Chopina i w przeszłości grano tego dnia muzykę nieśmiertelnego Fryderyka), ani co gorsza disco polo. Jest to niewątpliwie strategia popularyzacji w obliczu malejącej słuchalności Dwójki, która od dawna nie jest też mecenasem, ani nawet propagatorem muzyki ambitniejszej (tej nowszej).

W sumie koncerty były dwa. Na pierwszym zabrzmiał późny utwór Mortona Feldmana Piano and String Quartet w wykonaniu Royal String Quartet i pianisty Marcina Maseckiego, który w prologu wykonał jeszcze kompozycje Erika Satiego. Na drugim koncercie kompozycję Gymnopedie Satiego, melodię, którą zna chyba każde dziecko, zagrał Wacław Zimpel, następnie zespół warszawskich muzyków wykonał słynną Music for Airports Briana Eno w opracowaniu Ivana Zyporyna.

Pierwszy koncert sobie darowałam, wybrałam się natomiast na drugi. Jego hasłem przewodnim był ambient, zaś zestawienie Satiego i Eno jak najbardziej naturalne. Francuski kompozytor jest „dziadkiem ambientu” (Chaciński). W 1920 roku wymyślił „muzykę-mebel”, ideę dźwiękowego tła. „Muzyki-mebla” nie słucha się, gdyż, jak mawiał kompozytor, za zadanie ma jedynie łagodzić dźwięki sztućców i wypełniać krępującą ciszę między rozmówcami. „Muzyka-mebel” dostała nowe życie w 1977 roku w kompozycji Briana Eno Music for Airports. Jak wskazuje tytuł, miała to być tapeta, muzak dla lotnisk, ostatecznie jednak przeszła do historii jako manifest ambientu, stała się hitem fonograficznym i paradoksalnie również utworem koncertowym, podobnie zresztą jak muzyka Erika Satiego. Różnica jest tylko taka, że „muzyka-mebel” Satiego nie brzmi jak ambient. To neoklasyczna kompozycja w stylu francuskim, podobna do tych, jakie pisali też inni twórcy paryskiej Grupy Sześciu. Być może dlatego nie została wybrana do koncertu urodzinowego Dwójki, gdyż mogłaby zasiać poznawczy dysonans. Bezpieczniej było w to miejsce wstawić bliższą naszym wyobrażeniom o ambiencie i zdecydowanie popularniejszą kompozycję Gymnopedie, którą można było jeszcze „podrasować”, by była bardziej ambientalna niż jest w rzeczywistości. Tego zadania podjął się klarnecista Wacław Zimpel, który rozłożył utwór Satiego na drobne motywy, a następnie zapętlił je i „rozmnożył” elektronicznie, budując niezwykle przyjemny w odbiorze i smakowity w detalach muzyczny flow.

Po przerwie nadszedł czas na Briana Eno, który stworzył swój utwór w studiu i który dopiero muzycy nowojorskiego zespołu Bang on a Can w 1999 roku opracowali na instrumenty akustyczne (znani są z takich opracowań, np. posttanecznej muzyki Apex Twina) i zaczęli wykonywać na koncertach. Muzycy wykonali ją zresztą dwa razy w Polsce: na „Warszawskiej Jesieni” (1999) i krakowskim festiwalu „Sacrum Profanum” (2013). Tym razem jednak utwór zabrzmiał w nowej wersji autorstwa Evana Ziporyna, byłego członka Bang On a Can, który udostępnił ją Polakom. Poprzednia wersja jest zastrzeżona wyłącznie dla zespołu Bang on a Can.

Music for Airports wykonali znani warszawscy muzycy: Wojciech Błażejczyk – gitara, Jacek Kita – fortepian, instrumenty elektroniczne, Mikołaj Pałosz – wiolonczela, Wojtek Traczyk – kontrabas, Hubert Zemler – instrumenty perkusyjne, kierownictwo artystyczne. Aranżacja Ziporyna była bardzo udana, a muzycy zadbali o jej przyjemne, miękkie brzmienie. Spokój, medytacja, harmonia, delektacja, zgaszone światło na widowni… No właśnie, na widowni.

Ani Satie, ani Eno nie pisali swoich utworów z myślą o słuchającej ich publiczności. W koncepcję „muzyki-mebla” czy ambient wpisany jest inny odbiór – zdecydowanie mniej sformalizowany, skoro muzyka ma być tłem, dźwiękowym wypełnieniem przestrzeni. Trudno osiągnąć ten efekt na sali koncertowej, w której trzeba siedzieć cicho i słuchać z uwagą każdej nuty.

Ktoś powie, że Music for Airports została skanonizowana i weszła do obiegu muzyki koncertowej, zmieniając tym samym swoją funkcję z użytkowej na artystyczną. To samo stało się z niemal całą historią muzyki – do połowy XIX wieku utwory pisane były przecież głównie dla celów towarzyskich lub związanych z liturgią. Współczesne koncerty filharmoniczne codziennie ignorują historyczną rzeczywistość granej tam muzyki, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tak po prostu jest.

Ostatnia dekada przyniosła jednak sporo projektów, których twórcy próbują nie tyle nawet rekonstruować historyczne warunki uprawiania muzyki, co po prostu rozruszać formułę współczesnego koncertu, który w ciągu stu ostatnich lat skostniał w jedyną, dominującą, by nie powiedzieć opresyjną formułę, w jakiej publicznie prezentuje się i słucha niemal każdej muzyki.

Koncert pod hasłem ambient dawał okazję do wyjścia poza ten schemat. Muzyki można słuchać w każdych warunkach, jednak warunki te mają czasem swoje znaczenie. W przypadku Music for Airports są wręcz wpisane w muzykę – „ambient” znaczy przecież „otoczenie”. Warto było je uruchomić.

Jak? Przede wszystkim odpowiednio aranżując przestrzeń słuchania, być może przenosząc koncert do studia S3, które w przeciwieństwie do S1 nie ma frontalnie zlokalizowanej estrady i nieruchomego audytorium narzucającego skupiony odbiór. W pustej przestrzeni S2 można było rozłożyć materace, rozstawić wygodne siedziska i w ten sposób pozwolić ludziom zrelaksować się, zdrzemnąć lub podjąć towarzyską interakcję. W końcu muzyki można słuchać nie tylko na siedząco, ale też na stojąco, leżąco, chodząco. Z uwagą i bez. Nie od rzeczy byłyby też jakieś drinki. Jeśli do tego dodamy klimatyczne światło, widzimy, jak niewiele potrzeba było do stworzenia fajnego wydarzenia opartego na swobodnym doświadczeniu muzyki, jakim z pewnością nie jest klasyczny koncert.

Na stronie internetowej zapowiadającej koncert zacytowano Briana Eno: „Nigdy nie wyobrażałem sobie, że Music for Airports może być pewnego dnia grana na koncercie, przez żywych muzyków, jak faksymile oryginału”. Na zakończenie wieczoru Jacek Hawryluk powiedział ze sceny, że widział osoby drzemiące – i bardzo dobrze, bo o to w tej muzyce chodzi. Szkoda, że nie podjęto tego wątku na etapie planowania. Ten w sumie przeciętny koncert przeistoczyłby się w coś odrębnego, artystycznie dopracowanego.

Ja sama wysłuchałam go stojąc pod ścianą – choć były wolne miejsca, nie miałam ochoty siadać (siedzę cały dzień). Miałam ochotę spacerować, ale architektura sali koncertowej temu nie sprzyjała. Niektóre osoby mimo to przemieszczały się ukradkiem, jednak większość podporządkowała się reżymowi słuchania.

Źródło: „Odra” 5/2020

2 comments

  1. Bartek Chaciński

    Teraz dopiero przeczytałem tekst – bardzo miło, w sumie też zgadzam się z uwagami. Czuję się jednak w obowiązku, by rozwiązać ten dylemat z pierwszego akapitu: nie jestem kuratorem tych urodzinowych koncertów (w przeciwieństwie do Jacka Hawryluka). Wiem, że nie jest to nigdzie ogłaszane, ale moja rola to w tym wypadku wyłącznie konferansjerka – plus możliwość posłuchania tego, co wybrał kolega z radiowego duetu.

    • Monika Pasiecznik

      Nie może być! Przecież Wy jesteście nierozłączni! Za rok koniecznie zróbcie koncert razem. 🙂
      Na poważnie, dziękuję za korektę, zrobiła sprostowanie w tekście. Przepraszam i pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s