100 na 100

box-100-na-100-1024x576

Kapsuła dla potomnych. O projekcie wydawniczym „100 na 100. Muzyczne dekady wolności” rozmawiają Monika Pasiecznik i Tomasz Biernacki

Monika Pasiecznik: W 2018 roku stulecie niepodległości świętowała nie tylko Polska, ale też wiele innych krajów. Każdy z nich „ufundował” sobie z tej okazji jakiś prezent. Najgłośniej było bodaj o Finlandii, która postawiła ultranowoczesną bibliotekę, z kolei na Litwie otwarto prywatne muzeum sztuki nowoczesnej projektu Daniela Liebeskinda.

W Polsce takim przedsięwzięciem rocznicowych był projekt PWM „100 na100. Muzyczne dekady wolności”. Serię koncertów w różnych miastach świata dopełniła wydana właśnie kolekcja nagrań polskiej muzyki powstałej w kolejnych latach niepodległości. Wydawnictwo ma postać wielkiego, ważącego parę ładnych kilogramów czarnego eleganckiego boksu zawierającego 36 płyt oraz książkowe omówienia utworów, eseje i dokumentację fonograficzną.

Tomasz Biernacki: Udało się zebrać świetne materiały do „kapsuły czasu” dla potomnych, jako pamiątkę epoki, w której żyliśmy. Ten projekt jest dla mnie taką właśnie kapsułą (nawet z wyglądu zdaje się całkiem solidny) i bardzo się cieszę, że mamy chociaż to. Pracę tę byliśmy od dawna winni minionym pokoleniom. Po raz pierwszy w naszej historii większość społeczeństwa nie pamięta już żadnej wojny ani powstania, co samo w sobie jest niezwykłe, choć jest to przecież niezwykłość dyskretna, bo z wyjątkowości tego faktu nie mamy kiedy zdać sobie sprawy ani go specjalnie celebrować. Dzięki takim właśnie wydawnictwom – możemy. Wcześniej zapewne nie było po temu odpowiedniej „okazji”, żyjemy w pośpiechu, „tu i teraz” i trzeba aż tego typu rocznicowych wydarzeń, żeby zebrać siły, chęci i fundusze.

Mimo że cieszę się z tego jakże potrzebnego wydawnictwa, to jednocześnie martwię się, że sama jego forma może zniechęcić. Jest to pudło nieporęczne, duże i drogie, choć temu akurat wcale się nie dziwię – musi takie być, jest to najlepsza metafora naszych kilkudziesięcioletnich zaniedbań, a one też są ciężkie i drogo nas kosztują. Zapomnieliśmy przecież o wielu tak wybitnych kompozytorach, jak choćby Roman Palester czy Konstanty Regamey, i tych strat związanych z ich nieobecnością na światowych estradach już nie nadrobimy. Tak więc – forma: odświętna i nieco zobowiązująca. Mnie samemu to nie przeszkadza, ale jej monumentalność może wielu kojarzyć się z eksponatem bibliotecznym z napisem „nie dotykać”. Jaka forma byłaby zatem optymalna? Podwójna: z jednej strony materialna, z drugiej – równie ważna (a może ważniejsza?) – niematerialna, czyli konsekwentne włączanie kompozytorów z tego projektu i ich utworów (nie tylko tych wybranych do nagrań) do programów koncertowych w całym kraju. Wiemy, że była taka próba, ale na kilku okazjonalnych koncertach się skończyło, podczas gdy ministerstwo i instytucje kultury powinny robić wszystko, by tego dziedzictwa już nie zapomnieć – to są naprawdę dobre utwory i wybitne postaci naszej kultury. Patriotyzm przecież polega właśnie na poczuciu wspólnoty z naszymi przodkami, a nie na odpalaniu rac w jeden deszczowy, listopadowy wieczór w roku. Trzeba też zadbać o obecność tych kompozytorów w świadomości ogółu, jak również o to, by można było kupić te płyty oddzielnie jako małe, zgrabne kompakty.

Zadaję sobie ponadto pytanie, czy jesteśmy w stanie za jednym razem wchłonąć tak ogromną dawkę wiedzy o naszej przeszłości? Czy nie robimy krzywdy tym dziełom, prezentując je hurtowo i odhaczając rocznicowy obowiązek? Martwię się o to wiedząc, jak mało ludzi w Polsce czyta książki, a muzyki słucha zapewne jeszcze mniej, zwłaszcza „napiętnowanej” epitetem „klasyczna” lub „współczesna” (nie daj Boże jedno i drugie naraz!). Rodzi to efekt błędnego koła – im bardziej sztuka pozostaje decorum staromodnych mieszczan, tym bardziej podejrzana staje się jakakolwiek wiara, że może być ona do czegokolwiek potrzebna i tym bardziej jej autentyczna potrzeba wymiera. Boję się więc, by ten wielki boks nie stał się takim zaledwie mieszczańskim obiektem-fetyszem, projektem zamkniętym zarówno fizycznie w grubej warstwie tektury, jak i w rocznicowym, wyjątkowym czasie, w którym powstawał.

Również wątpię, by ten wybitnie kolekcjonerski boks dotarł do szerokiego grona odbiorców, dlatego konieczne są działania uzupełniające. O promocję polskiej muzyki w Polsce nie martwię się jednak zbytnio, na estradach koncertowych obserwujemy od dłuższego czasu swoisty renesans czy wręcz karnawał polskiej muzyki. Faktycznie sporo jest do nadrobienia i musi się to odbyć – byle nie stało się jakąś nową regułą, że nic nas nie interesuje poza nami samymi, bo to z kolei popadanie w drugą skrajność. Jak dla mnie, narodowy dyskurs w muzyce sięgnął już czerwonej linii.    

Wracając jednak do płyt, większość to nagrania nowe, przygotowane specjalnie do tego wydawnictwa w latach 2017-2018, z udziałem polskich muzyków. Widać, że nowe polskie interpretacje były również celem, bo pominięto gotowe, świetne i całkiem nowe nagrania choćby Zubel czy Szmytki, by nagrać te utwory w interpretacji Polaków.

Uważam, że to akurat najmocniejsza część tego przedsięwzięcia. Byłoby ogromnie rozczarowujące, gdybyśmy dostali tu nierówną kolekcję zremasterowanych historycznych nagrań, np. ze starych Warszawskich Jesieni lub wygrzebanych z archiwów radiowych, w towarzystwie kilku współczesnych nagrań „pożyczonych”, jak w przypadku dzieł wspomnianych przez Ciebie kompozytorek. Kiedy tylko usłyszałem o planach „100 na 100”, byłem pełen najgorszych obaw, że wszystko obejdzie się jak najmniejszym kosztem (odkąd pamiętam, kultura boryka się w Polsce z problemami finansowymi). Takie wydawnictwo byłoby przecież katastrofą! Tymczasem dostaliśmy pięknie nagrane, świetnie brzmiące nowe interpretacje zarówno dzieł znanych z tylko jednego, „klasycznego” dla nas, ale niekoniecznie „najlepszego” wykonania, jak w przypadku Szabelskiego, Woytowicza, Turskiego czy Bacewicz, jak i pierwsze nagrania dzieł w ogóle – w tym przypadku nawet nie możemy rozprawiać o interpretacji, bo ów dyskurs jest przecież komfortem, na który można sobie pozwolić, gdy utwór pojawia się już w obiegu koncertowym. Poza tym rzecz nie zawsze jest jednoznaczna, bo np. jak grać Rogowskiego? W tradycji francuskiej? A może szukać innego idiomu, zgodnie z jego pismami teoretycznymi? Ale czy te pisma oddające jego zamierzenia faktycznie korespondują z tym, co skomponował, bo przecież on – wielbiciel wschodu, mistyk słowiańszczyzny, jak się okazuje w nagraniu jest całym sobą okcydentalistą, któremu tylko wydawało się, że jest jakimś hinduskim prorokiem. To wspaniałe, że możemy teraz odkrywać takie rzeczy! Co oznacza, że spór o interpretację zapomnianych dzieł mamy dopiero przed sobą. Wspomniałaś, że nagrań dokonali rodzimi muzycy. To podsunęło mi myśl, że następnym krokiem byłoby zapewne zorganizowanie nagrań z udziałem prestiżowych orkiestr światowych i pokazanie ich szerszemu niż tylko polskie audytorium. Ale właściwie chyba lepiej na razie działać na mniej megalomańską skalę, a za to z głową.

Niedofinansowanie podobnych przedsięwzięć powodowało zwykle, że instytucje tworzyły „kanony” nie na bazie rzeczywistego znaczenia danych dzieł, lecz na bazie dostępnych nagrań archiwalnych, albo wręcz tylko tych, do których mogły pozyskać licencję. Sama pracowałam kiedyś przy takim projekcie, co było dość frustrujące. Świetnie, że „100 na 100” nie jest kolejnym tanim przedsięwzięciem i że powstały nagrania utworów, które w innych okolicznościach nie miałyby szansy zaistnieć w takim zestawieniu. Widać, że selekcja została dokonana starannie i bez znanych skądinąd kompromisów.    

Trzeba też dodać, że bardzo słusznie wydawca w niektórych przypadkach zdecydował się na zamieszczenie kliku nagrań archiwalnych (np. muzyki Lutosławskiego czy Pendereckiego), gdyż akurat dzieła te znane są szerzej i w wielu bardzo dobrych wykonaniach. Tu nie było sensu ścigać się z legendami, a zaoszczędzone fundusze lepiej było przeznaczyć na upamiętnienie wspaniałych twórców, którzy mieli po prostu mniej szczęścia do dobrych wykonań lub nie doczekali się uznania z racji ich tragicznych losów (jak w przypadku młodego Romana Padlewskiego, który podzielił los Baczyńskiego i zginął w Powstaniu Warszawskim).

Starano się wybrać możliwie wielu kompozytorów. Na każdy rok przypada tylko jeden utwór, przy czym nazwiska praktycznie się nie powtarzają – wyjątkiem jest Karol Szymanowski (4 utwory), Kazimierz Serocki (2 utwory), Krzysztof Penderecki (4 utwory) i Witold Lutosławski (3 utwory). Mamy więc do czynienia z misterną układanką. Jak oceniasz dobór utworów do tej kolekcji? Czy coś cię w nim zaskakuje? Czy jest on dla Ciebie jakkolwiek kontrowersyjny?

„100 na 100” jest majstersztykiem dyplomacji! Byłem absolutnie zdumiony, że można tak obiektywnie i, co najważniejsze, solidnie merytorycznie ułożyć tę listę. Wydaje mi się, że jeszcze 25 lat temu takie wydawnictwo byłoby naznaczone większą stronniczością i pomijałoby muzykę, która dopiero z czasem udowodniła swą wartość (czy ktokolwiek dodałby wtedy Wajnberga, Rudnika, czy Buczek?). Na szczęście inna jest też nasza wrażliwość na absolutnie niedocenianą wciąż żydowską część naszej historii. Co prawda nie jest jeszcze optymalnie, bo wciąż jest to pole do wielu odkryć, ale sądząc po tej kolekcji, chyba znacznie lepiej niż kiedyś. Panorama polskiej muzyki (szczególnie przedwojennej) byłaby w najwyższym stopniu niepełna, gdyby zabrakło w niej takich postaci, jak Tansman, Laks, Rathaus, Koffler, Szpilman czy Kassern. Bardzo się cieszę, że odzyskali tu symbolicznie należne im miejsce, bo mało kto wie, że nie samym Szymanowskim stała polska muzyka międzywojenna. Znalazło się też zresztą nawet miejsce dla kilku jego wyraźnych adwersarzy, jak Różycki, Nowowiejski czy Morawski, co tylko podnosi w moich oczach poziom obiektywizmu.

W muzyce powojennej także zachowana jest równowaga – pokazuje się ważne utwory z czasów karnawału poodwilżowej awangardy, jak „Etiuda” Kotońskiego czy „Tren” Pendereckiego, ale obok słyszymy dość staromodnych Machla i Perkowskiego. To także mi się podoba, bo jeśli mamy tu odwzorować jakąś historyczną prawdę o tym, czym była polska muzyka ostatnich dziesięcioleci, fałszerstwem byłoby rysować ją tylko jedną barwą. W ten sposób nie zrozumielibyśmy niczego z wielkich sporów estetycznych przeszłości, a dyskurs „wygrany” mógłby nam szybko obrzydnąć. I to też jest nauka płynąca dopiero z naszego stulecia, pełnego niechęci do rozmaitych, jak mawia się z populistycznym przekąsem, „poprawności” naukowych i historycznych. Gdy nie pokazuje się tła wielu zjawisk (a każdy może sobie tu sam wybrać, co jest tłem, a co wydarzeniem pierwszej wagi: historyzm dla moderny, czy odwrotnie), szybko zapomina się o dialektycznym ogniu, w którym się rodziły i powstaje oddolnie i spontanicznie coś w rodzaju populistycznej dialektyki post-prawdy (a więc wytwarzania fikcyjnego dyskursu, szukania spisków i kwestionowania ustaleń nauki i czasem wręcz faktów, które są uznawane za fragment „dyskursu” bez uwzględniania ich konkluzywnej roli). Jedyny wyjątek od tej pluralistycznej reguły wydawcy zrobili – co bynajmniej nie dziwi – dla narzuconego odgórnie socrealizmu. Ale przy odrobinie dobrej woli można by uznać Bairdowskie „Colas Bregnon” za coś najbardziej zbliżonego do tej estetyki, choć w wersji „soft” (tzn. bez stricte partyjnego przekazu, bez warstwy słownej, za to z uwzględnieniem pewnych zaleceń formalnych). Warto więc pamiętać, że późniejszy wybuch awangardy i sukces takich dzieł jak „Tren” Pendereckiego miał właśnie takie tło polityczno-historyczne.

Inna oś, na której rozgrywa się dyskurs polskiej muzyki, to twórczość rodzima a emigracja. Wydaje się, że wciąż jesteśmy dopiero w połowie drogi do pełnej asymilacji muzycznej twórczości emigracyjnej, procesu, który w literaturze zdążył się już dokonać. Dziś nikt nie wyobraża sobie polskiej literatury bez Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego, Mrożka, zaś gwiazdy ówczesnych rodzimych tuzów literatury, jak Żukrowski czy Kruczkowski, mocno przygasły. Także Szczypiorskiego już się jakby nie czyta, podczas gdy zakazany w PRLu Miłosz stał się klasyką. W muzyce ten proces się jeszcze nie dokonał. Antologia „100 na 100” pomaga temu procesowi, nobilitując zasłużenie naszą emigrację. Bo choć dziś taki Panufnik stał się chyba już częścią naszej rodzimej nieodzownej tożsamości muzycznej (choć chyba gra się go jednak za mało), to nazwiska Palestra czy Haubenstocka-Ramatiego wiele przeciętnemu bywalcowi filharmonii wciąż nie mówią. Dlatego niezwykłe jest to, że w czasach polskiej historii najciemniejszych, jak wojna czy okres stalinizmu, gdzie wybór ważnych kompozycji powstałych w Polsce (przy założeniu wydawniczym, że ukazujemy utwory reprezentujące każdy pojedynczy rok ze stu od 1918), byłby chyba niemożliwy, możemy posiłkować się ogromnym zbiorem wspaniałej muzyki powstałej poza historycznymi granicami naszego kraju, w bezpieczniejszych i przyjaźniejszych spokojnemu twórczemu namysłowi miejscach. To wspaniale nam unaocznia wagę twórczości emigracyjnej dla naszej kultury, jako swoistej arki wypuszczonej na ocean, by przeczekać czasy potopu. Teraz czas ją przyjąć do naszych portów z powrotem! Czyż nie jest wzruszające, że Karol Rathaus, który sam szczęśliwie uniknął spotkania ze zbrodniczą machiną Holokaustu, pisze w Stanach Zjednoczonych poloneza na orkiestrę, nadaje mu „międzynarodowy” tytuł francuski, instrumentuje go w równie „międzynarodowym” postromantycznym stylu niemieckim (a więc z czasów, gdy Niemcy rzeczywiście byli narodem kultury) i to wszystko w roku, gdy w Warszawie ma miejsce zagłada Powstania w Getcie? Czyż może być dla kompozytora piękniejszy gest mądrego patriotyzmu, wskazujący na to że Polska jest nieodzowną częścią międzynarodowej wspólnoty, a język jej tradycji to też część języka uniwersalnego świata zachodniego?

Do zbioru weszło sporo kompozytorów drugoplanowych, mniej znanych. Czy kogoś Ci zabrakło w tym zbiorze?

Ilość nieznanych nazwisk bierze się z tego, że po prostu niesłusznie nie zaistnieli oni w naszej świadomości. Kariera a talent to dwie różne rzeczy. Poza tym tych nazwisk z mojej perspektywy nie jest wcale tak dużo – część z nich funkcjonuje, tyle że niszowo, jak Józef Koffler, znany z podręczników jako pierwszy polski dodekafonista. Ale kto poza muzykami czyta te podręczniki? Dobrze więc się stało, że możemy usłyszeć Kofflera, czy wspomnianego Padlewskiego i kilku innych twórców czasów wojennych, których twórczość spłonęła bądź zaginęła podczas Powstania Warszawskiego (cały czas mam absurdalną nadzieję, że kiedyś te wszystkie symfonie odnajdą się gdzieś cudownie i nie przepadły jednak na zawsze… przecież podobno rękopisy nie płoną?). Ta kolekcja uświadamia nam, jak tragiczne były te losy, przerwane kariery, życiorysy. Kto z młodych słuchaczy słyszał o Szymonie Laksie, który najlepsze lata życia spędził w Auschwitz i Dachau – pewnie niewielu, ale czy to jego wina, czy naszej historii?

Ponadto wydawcy starali się utrzymać pewien parytet ośrodków – przecież nie tylko w Warszawie i Krakowie tworzono wartościową muzykę. Przed wojną takim ważnym ośrodkiem kultury był też Lwów, reprezentowany tu przez kliku twórców. Bronisław Kazimierz Przybylski z kolei reprezentuje Łódź, a Tadeusz Szeligowski i Andrzej Koszewski Poznań. Mamy też bardzo silną reprezentację kompozytorów ze Śląska. Być może więc także to, kogo się „zna” zależy od konkretnego środowiska lokalnego. Dobrze, że zbiór jest możliwie zdecentralizowany także gatunkowo. Nie dziwi przecież fakt, że np. muzyka chóralna ma swoich niszowych „specjalistów”, którzy najlepiej się czują właśnie w jej estetyce, jak Koszewski, Świder czy Łukaszewski, podobnie z muzyką elektroniczną. Myślę, że niesprawiedliwie byłoby pomijać całe gatunki muzyki tylko dlatego, że tworzą je nazwiska nie pierwszoplanowe. Trzeba pamiętać, że w ogóle owa „pierwszo-„ czy drugoplanowość” to tylko bardzo aktualna, mówiąc brutalnie „rynkowa” wycena prestiżu, a ten bardzo się zmienia w czasie. Warto mieć w pamięci archeologię, która nieraz małoznaczącemu dla współczesnych artefaktowi z przeszłości potrafi przydać ogromną wagę historyczną. Tak więc nigdy nic nie wiadomo.

To, co smuci, to niewielki udział kobiet w tym gigantycznym zbiorze: 11 nazwisk na 76 kompozytorów-mężczyzn, czyli 12%. Z czego połowa to pokolenie najmłodsze, czyli utwory z XXI wieku. Z drugiej strony nie wiem, czy znaleźlibyśmy jakąś ważną kompozytorkę sprzed 1945 roku, zwykle za tę „pierwszą” uznaje się dopiero Grażynę Bacewicz. W zasadzie wątek kompozytorek mógłby być tematem na jakiś oddzielny projekt, bo wymagający poważnych badań muzykologicznych. Jeśli jednak ten zbiór uznać za odwzorowanie jakiegoś faktycznego stanu rzeczy naszej historii, to trzeba by skonstatować, że kobiety miały w Polsce znacznie trudniej jako artystki niż we Francji lub w Niemczech, gdzie istniały także silniejsze ruchy feministyczne. W Polsce zaś… wszyscy znamy te historie, jak to kobiety musiały przejmować materialną odpowiedzialność za byt całych rodzin. Ich los jest heroiczny i niemy. Stąd też ta wyrwa, której nie sposób tu nie zauważyć. Gdyby jej przecież nie było, nie rozmawialibyśmy dziś o tym.

O polskich kompozytorkach pisze w znakomitym eseju Danuta Gwizdalanka, która resztą podsumowuje w atrakcyjny i nieschematyczny sposób sto lat polskiej muzyki w dołączonej do kolekcji książce, obalając przy okazji wiele mitów.

Jeśli chodzi o antologię, trzeba wziąć poprawkę na to, że wyborem rządzi również specyfika medium nagraniowego, jak i fakt, że producentem jest wydawca nutowy. Siłą rzeczy z tej kolekcji musiały więc zostać wyłączone utwory niespełniające pewnych kryteriów formalno-estetycznych, których nie definiują takie czynniki, jak partytura, sala koncertowa i zespół wykonawców, a więc nienadające się na płyty rozmaite kompozycje interaktywne, przestrzenne, z elementami konceptualnymi, performanse i instalacje dźwiękowe. Jest kilka utworów elektroakustycznych powstałych w SEPR, ale na tym reprezentacja nurtu eksperymentalnego w polskiej muzyce się zamyka. Myślę choćby o Marku Chołoniewskim, który od lat zajmuje się muzyką interaktywną, a wiele jego utworów ma dziś status pionierskich nie tylko w Polsce, np. gdy chodzi o wykorzystanie Internetu w procesie komponowania.

Rodzi to we mnie sprzeciw, bo poszukująca muzyka niebędąca „postklasyczną” jest permanentnie niedoreprezentowana, marginalizowana i niedofinansowana. Mało o niej wiemy i warto byłoby kiedyś wreszcie ten nurt w polskiej muzyce lat 60. i 70. ukazać i go po prostu włączyć. Wtedy ten nieco płaski obraz polskiej twórczości dźwiękowej stałby się odrobinę bardziej trójwymiarowy i barwniejszy. Pomyślmy, co można by zrobić za te gigantyczne przecież pieniądze, jak można by je rozdysponować nie tylko na nagrania płytowe kwartetów, sinfoniett i chórów, ale również na archiwizację, rekonstrukcję, udostępnienie i popularyzację wartościowego sound artu czy performansu. Nie chcę przez to powiedzieć, ze „100 na 100” jest z gruntu złe, każdy projekt ma instytucjonalne ograniczenia. Raczej ubolewam, że pewne zjawiska permanentnie wypadają spod instytucjonalnego parasola, podczas gdy inne wchodzą pod ten parasol niejako z automatu. Działa tu klasyczne Foucaultowskie „urządzenie”: instytucja promuje twórczość, która ją legitymizuje. Dopóki nie stworzymy instytucji zajmującej się wyłącznie muzyką nową i eksperymentalną, w co szczerze wątpię, dopóty będzie ona zawsze tą „wielką nieobecną”. Chyba że pieczę nad nią przejmą instytucje sztuki, co już się dzieje.

Mnie osobiście uderzył też inny brak, nie tak ewidentny, jak Twoje przykłady, ale jednak stanowiący wyzwanie dla przyszłości: brak porównywalnej antologii operowej z ostatnich stu lat. Taki projekt byłby znacznie trudniejszy w realizacji – nawet tutaj przecież posłużono się archiwalnymi nagraniami oper Szymanowskiego i Bairda (skądinąd oba przykłady są w tej antologii zasłużone), a tylko niejednoznaczne gatunkowo dzieło Łuciuka doczekało się nowego nagrania.

Twórczość operowa Palestra, Haubenstocka-Ramatiego, Schaeffera, Knapika jest zupełnie (lub prawie zupełnie nieznana), nie wspominając o jakiejkolwiek ich obecności na rodzimych deskach operowych, do tej pory nie mamy również na rynku nagrań oper Elżbiety Sikory, Pawła Szymańskiego, czy nawet granych przez lata w Teatrze Narodowym „Manekinów” Zbigniewa Rudzińskiego. Nie wspominam nawet o takich historycznych już raczej ciekawostkach jak opery Szeligowskiego, Różyckiego, czy Morawskiego. Niemniej z naszych oper współczesnych dałoby się ułożyć całkiem zgrabny kanon.

Oczywiście o nagraniu całego spektaklu (DVD/BluRay) pewnie można by tylko pomarzyć, ale warto przypomnieć decydentom, ile pracy jest jeszcze przed nami, jeśli o polskiej kulturze ma się mówić nie tylko w Polsce.

A tak na marginesie nie sądzisz, że to niesamowite i niezamierzenie zabawne iż naszą „patriotyczną” i „stuprocentowo polską” kolekcję otwierają słowa „Allah Akbar”? Co za ironia losu!

Źródło: „Odra” 4/2020

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s