DONNERSTAG aus LICHT

stocki 1

Eins, zwei, drei…!

Spośród wszystkich siedmiu oper Stockhausena ujętych w cykl LICHT bez wątpienia najpopularniejszy jest CZWARTEK. Wykonany po raz pierwszy w 1981 roku w mediolańskiej La Scali, utwór ten doczekał się kilku różnych wystawień. Mimo iż w cyklu tygodniowym opera ta powinna zajmować dalsze miejsce, powstała chronologicznie jako pierwsza i jest być może najbardziej zwarta dramaturgicznie. W porównaniu na przykład z wieńczącą cykl NIEDZIELĄ, której tematem jest mało teatralna mistyczna unia Michał i Ewy, DONNERSTAG opowiada konkretną historię dzieciństwa i dojrzewania Michała do misji (pokonać Lucyfera). Być może czynniki te sprawiają, że to właśnie DONNERSTAG powraca na sceny operowe częściej niż inne ogniwa cyklu.

W listopadzie 2018 roku opera Stockhausena wystawiona została w paryskiej Opera Comique. Była to francuska premiera tego utworu, ale bynajmniej nie pierwsze zetknięcie Francuzów z muzyką niemieckiego kompozytora, której w Paryżu można posłuchać stosunkowo często (tak przynajmniej twierdzą mieszkańcy tego miasta). Orkiestra Le Balcon pod dyrekcją Maxime’a Pascala gra tę muzykę od wielu lat i wszystko wskazuje na to, że za cel postawiła sobie pełną realizację cyklu, który dotąd nie doczekał się wystawienia w całości. Wprawdzie przymierzano się do tego w kontekście Holland Festival 2019, ostatecznie jednak poprzestano na wyborze utworów ujętych w trzydniową imprezę zatytułowaną AUS LICHT. Nota bene, fundacja Stockhausena patronująca przedsięwzięciu holenderskiemu uciekła się do sprytnego rozwiązania, mianowicie na trzy lata przed planowaną premierą ogłosiła nabór na płatne studium podyplomowe interpretacji muzyki Stockhausena, które miało doprowadzić adeptów do współudziału w wykonaniu LICHT na Holland Festival. Z pewnością chodziło tu o skompletowanie możliwie najlepszej obsady wykonawczej (która instytucja pozwoliłaby sobie na kilkuletnie przygotowania do premiery?!), ale też zapewne o redukcję kosztów (zamiast płacić słono wykonawcom za występ, to wykonawcy doinwestowywali swój udział w przedsięwzięciu).

O ile holenderski projekt powstaje we współpracy z Fundacją Stockhausena, która – co zrozumiałe – ma w tym biznes, by kontrolować możliwie jak najwięcej realizacji w imię zagwarantowania wysokiego poziomu artystycznego i estetycznej wiarygodności, o tyle francuska premiera była od tejże fundacji całkowicie niezależna. Rzut oka na listę nazwisk twórców prowadził do zaskakującego stwierdzenia, że wśród kilkudziesięciu artystów – głownie francuskich – nie ma ani jednego znanego współpracownika kompozytora. Wszystko – począwszy od solistów (śpiewaków i instrumentalistów), przez ekipę realizującą warstwę elektroniczną i projekcję dźwięku w przestrzeni, po autorów inscenizacji – zostało zrobione własnymi siłami. To bardzo dobra wiadomość, gdyż muzyka Stockhausena zaczyna żyć wreszcie własnym życiem, w nowych, niekoniecznie kanonicznych, choć – jak pokazali Francuzi – znakomitych i trafnych interpretacjach.

Ten francuski Stockhausena był bowiem muzycznie wyborny! Soliści Le Balcon czują i lubią tę muzykę, co słychać było w ich grze. Poświęcili jej zresztą sporo czasu, wszystko mieli więc na tyle wyćwiczone, by móc wejść na wyższy poziom niż zwykłe odegranie materiału. Mogli pozwolić sobie na swobodę gry. Muzyka DONNERSTAG szła więc wartko do przodu, orkiestra brzmiała szlachetnie, zaś poszczególne sola instrumentalne i wokalne były precyzyjne i starannie dopracowane.

Kreujący główne role soliści pokazali się od najlepszej strony. Postać Michała-tenora została rozdzielona między dwóch śpiewaków, przy czym Damien Bigourdan (I akt) oraz Safir Behloul (III akt) byli w zasadzie nie do odróżnienia, a ich jasne, dźwięczne głosy oraz sceniczna prezencja znakomicie wpisywały się w estetykę Stockhausena. Michał ma w operze jeszcze dwie inne inkarnacje – trębacza oraz tancerza. Grający na trąbce Henri Deleger radził sobie świetnie muzycznie i aktorsko. Dźwięk jego instrumentu błyszczał niebiańsko na tle orkiestry, zaś w akcie II, który jest de facto godzinnym koncertem na trąbkę i orkiestrę, w którym Michał opowiada bez słów, jedynie grając na trąbce, o swych podróżach po świecie („Podróż Michała dookoła Ziemi”), Deleger dał popis kunsztu wykonawczego i wielkiej muzycznej fantazji. Chyba jeszcze większe wrażenie robił Michał-tancerz – a właściwie… tancerka Emmanuelle Grach, przebrana za młodego chłopca. Charakterystyczne muzyczne gesty Stockhausena, takie jak pokazywanie dłońmi wysokości dźwięku i jego głośności, wyglądały w jej wykonaniu bardzo stockhausenowsko.

Ewa nie wypadła gorzej: sopranistki Lea Trommenschlager (I akt) i Elsie Chauvin (III akt) sprostały trudnemu zadaniu, popisując się muzykalnością i talentem aktorskim. Grająca na cor de basset Iris Zerdoud – instrumentalne wcielenie Ewy – była nie tylko precyzyjna, ale przede wszystkim uwodzicielska i czarująca. Notabene jej kostium błyszczący i stockhausenowsko dziwaczny był jedynym wyrazistym akcentem scenicznym w całej realizacji, co można jednak wytłumaczyć koncepcją reżyserską DONNERSTAG.

Pierwszy akt, opowiadający o dzieciństwie Michała (opartym na wątkach z biografii samego kompozytora: obłąkana matka zgładzona przez nazistów, ojciec – wiejski nauczyciel, myśliwy, a potem ochotnik Wehrmachtu, który zginął na froncie), jest na swój sposób zwyczajny, prozaiczny, wręcz banalny. Stockhausen rozegrał tu regularną scenkę operową z konwencjonalnie rozpisanymi partiami wokalno-aktorskimi. Ten nieznośny realizm, a wręcz brzydota początkowych scen opery, zostaje nagle przekroczony wraz z pojawieniem się na scenie Ewy-basethornistki. Przychodzi ona niczym duch z innego, lepszego świata i oczarowuje młodego Michała, z którym nawiązuje smakowity dialog muzyczny, prowadzony w o ileż doskonalszym języku dźwięków (piękny duet Michała-tenora i Ewy-basethornistki wieńczy I akt opery i stanowi wprowadzenie do inicjacyjnej podróży bohatera dookoła ziemi w II akcie). Reminiscencje I aktu pojawiają się jeszcze w III akcie w scenie egzaminów, jakie Michał zdaje ze śpiewu, tańca i gry na trąbce. Od tej pory bohater wkracza w pozaziemski porządek, stacza swój pierwszy bój z Lucyferem i doświadcza wizji (III akt), która ukazuje mu jego przyszłą misję.

Inscenizacja Benjamina Lazara nie była szczególnie oryginalna, zjawiskowa ani tym bardziej ekstrawagancka, raczej skromna, możne wręcz nazbyt powściągliwa. Przestrzeń sceniczna w Opera Comique stała w zasadzie pusta, nie licząc kilku prostych rekwizytów. Wiele szczegółów tej fantastycznej opowieści dopowiedziano poprzez najporęczniejsze i zawsze bezpieczne medium – projekcję wideo. Na przykład najbardziej niezwykły II akt – „Podróż Michała dookoła ziemi” – rozegrał się bez jakiejkolwiek scenografii, na dosłownie gołej scenie, po której poruszali się protagoniści. Nie było katapult, jakie pamiętamy z realizacji hiszpańskiej grupy La Fura dels Baus, kiedy to przytwierdzony do podnośnika Marco Blaauw grał na trąbce głową w dół i dosłownie fruwał z przestrzeni, ubrany w kosmiczny kostium. W Paryżu Michał miał na sobie czarne spodnie i koszulę w kolorze symbolizującego go błękitu. Grający na tubie i puzonach Lucyferowie byli ubrani równie zwyczajnie na czarno, jak przystało klasycznym muzykom (choć nie we fraki) i zarazem w zgodzie z kolorystycznym kodem opery. W tej zwyczajności akcent został przesunięty na narrację muzyczną, która jest dostatecznie złożona, by utrzymać uwagę słuchacza przez tak długi czas, oraz na dopełniającą ją, wpisaną w partyturę choreografię, która najlepiej prezentuje się właśnie w pustej przestrzeni. W rezultacie niczego mi w tej inscenizacji nie brakowało. Stockhausen naprawdę zawarł w swej partyturze wszystko to, co niezbędne i nie trzeba tej muzyce pomagać, dokładając do niej sceniczne tricki. Muzyka Stockhausena jest sama w sobie wystarczająco teatralna. Przebierając Ewę-bassenhornistkę w niezwykły kostium „dodekadigitalnego drobiu” z piórami zamiast palców i błyszczący zielony trykot reżyser wyraźnie zaznaczył granicę światów i podkreślił kluczowe znaczenie spotkania Ewy z Michałem oraz przejście bohatera z rzeczywistości ziemskiej w sferę kosmiczną. Dojrzewanie bohatera do misji znów najlepiej ukazane zostało poprzez oddalenie wszelkich osób i rzeczy i postawienie niejako samotnego, dojrzałego i świadomego zadania Michała na środku pustej sceny.

Trwający pięć godzin wieczór rozpoczął się tradycyjnie w foyer teatru, gdzie muzycy Le Balcon powitali przybywającą publiczność zwyczajowym fragmentem „Gruss”. Zakończenie odbyło się zaś, jak chciał kompozytor, już przed budynkiem Opera Comique, przy dźwiękach czterech trąbek, dobiegających z dachów pobliskich kamienic („Abschied”).

Zespół Le Balcon powtórzy operę, bądź jej fragmenty w kilku miastach Francji, zaś pod koniec czerwca 2019 w Philharmonie de Paris odbędzie się premiera kolejnego ogniwa cyklu – SAMSTAG (SOBOTY). Do 2024 Francuzi zamierzają przygotować kompletny cykl LICHT siedmiu oper o łącznym czasie blisko 30 godzin, o czym informują na swojej stronie internetowej. Jeśli dotrzymają słowa, będą pierwszymi, którym się to niebywałe przedsięwzięcie uda. Eins, zwei, drei…! Zaczynamy odliczanie!

źródło: tekst nieopublikowany

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s