Rodzynki w zakalcu

45085812_10216602056386973_8056098302027890688_n

Życie muzyczne toczy się u nas w rytm jubileuszowych edycji wielkich festiwali oraz mdłych filharmonicznych sezonów, w których odzwierciedla się oficjalna fasadowa polityka kulturalna. Na szczęście można jeszcze natrafić na pojedyncze koncerty warte niekiedy tyle, co tygodniowy przegląd nagłośniony przez wszelkiej maści media – rodzynki w zakalcu.

Przebiegając myślami przez wydarzenia ubiegłego roku, z przyjemnością wspominam na przykład styczniowy koncert Delirium Ensemble zatytułowany „Krew w klepsydrze” i towarzyszący wystawie „Krew. Łączy i dzieli” w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Polsko-szwajcarski zespół pod dyrekcją Wiktora Kociubana wykonał wówczas kapitalny cykl „Professor Bad Trip” Fausta Romitellego, zresztą po raz pierwszy w Polsce. Świetnie zaprogramowany i doskonale wykonany koncert należał moim zdaniem do muzycznych wydarzeń sezonu (pisałam o nim w „Odrze”). Co warte podkreślenia, była to inicjatywa oddolna, koncert odbył się „po kosztach” i dzięki gościnności instytucji niemuzycznej.

Taką niemuzyczną instytucją stale goszczącą muzyków jest też niezmiennie warszawski Nowy Teatr, w którym bywam na koncertach częściej niż w filharmonii. Bo która filharmonia ma na afiszu takie rarytasy, jak „in vain” Georga Friedricha Haasa czy „Vortex Temporum” Gérarda Griseya?

Ten drugi utwór zabrzmiał 30 października w wykonaniu rezydującego przy Nowym Teatrze Chain Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Bauera i było to dla mnie jedno z ważniejszych wydarzeń 2018 roku.

Sztandarowe dzieło francuskiego spektralisty zostało wykonane w Polsce po raz pierwszy (i chyba ostatni) w 2001 roku przez Francuzów. Żaden polski zespół nie zdecydował się dotąd sięgnąć po ten kanoniczny utwór. Tym lepiej, że teraz padło na muzyków, którzy naprawdę wiedzieli, jak się do niego zabrać.

Rozbudowana, choć kameralna, bo przeznaczona na zaledwie sześć instrumentów kompozycja trwa około trzy kwadranse i należy do najwybitniejszych osiągnięć Griseya, którego twórczość opisał w swej książce „Widma i czasy” Jan Topolski. Bogactwo odniesień do nauki i kultury oraz złożoność koncepcji muzycznej, zarazem ścisłej i poetyckiej, niewątpliwie pogłębia percepcję tej muzyki. Ale nawet jeśli nie pamięta się o wszystkich typach czasu zawartych w „Vortex Temporum”, jak „czas ptaków, ludzi i wielorybów”, zmysłowa przyjemność obcowania z muzyką i tak jest ogromna.

Pomaga z pewnością dobre wykonanie – skupione i precyzyjne, bogate w muzyczne detale, a tak właśnie zagrali soliści zespołu Chain: Ewa Liebchen – flet, Anna Kwiatkowska – skrzypce, Julian Paprocki – klarnet, Adam Kośmieja – fortepian, Rafał Zalech – altówka i Mikołaj Pałosz – wiolonczela. Oto trafili się instrumentaliści, którzy przejawiają autentyczne zainteresowanie muzyką współczesną i zaangażowali wszystkie dostępne środki do jej przygotowania. Efekt był zaskakująco wręcz udany, brzmienie zespołu szlachetne, wiele fragmentów zjawiskowych, akustyka wielkiej sali Nowego Teatru dawała dźwiękom przestrzeń i uruchamiała obecną w muzyce Griseya aurę mistycyzmu. Publiczność słuchała jak zahipnotyzowana.

Nie jest tajemnicą, że Grisey podziwiał Stockhausena, który w duży stopniu zainspirował francuskiego kompozytora do poszukiwań spektralnych. Utworem-impulsem był ponoć „Stimmung” Stockhausena, oparty na szeregu alikwotów. Utwór ten zabrzmiał 8 grudnia w wykonaniu zespołu wokalnego Pro Modern, a koncert zorganizowało Polskie Radio z okazji pięćdziesiątej rocznicy prawykonania.

„Stimmung” jest jednym z najpopularniejszych dzieł Stockhausena, choć u niektórych budzi raczej sceptycyzm. Opinie na jego temat rozpięte są od zachwytów nad medytacyjną aurą tej hipisowskiej muzyki, po krytykę dramaturgicznej monotonii. Przez siedemdziesiąt minut dzieje się tu rzeczywiście niewiele, cały materiał dźwiękowy stanowi jedno proste współbrzmienie. Utwór jest nie tylko medytacyjny, ale też erotyczny. Tekst stanowią zabawne miłosne okrzyki, przemieszane z apostrofami do rozmaitych bóstw. Stockhausen skomponował „Stimmung” w 1968 roku w USA, w szczytowym momencie związku z Mary Bauermeister, i kompozycja opiewa ich miłość.

Polski zespół wokalny Pro Modern po raz pierwszy wykonał „Stimmung” na festiwalu Instalakcje w Nowym Teatrze w 2017 roku. Była 6 rano i słuchacze zawinięci w koce przysypiali na rozrzuconych w sali materacach. Doświadczenie to zapamiętałam jako niezwykle błogie, a wykonanie Pro Modern trafione. Potem zespół miał okazję zaśpiewać Stockhausena ponownie w Lublinie na festiwalu Kody, co przyniosło mu nominację do nagrody „Fryderyk”. Koncert grudniowy w Warszawie był zatem trzecim podejściem do utworu.

Wczesny wieczór i sterylna przestrzeń Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego z jej bezbłędną akustyką okazały się paradoksalnie niesprzyjające. Słuchany o świcie utwór wydawał się o wiele czarowniejszy. Słuchany w sali koncertowej w pełnej przytomności mógł trochę nużyć. Tym bardziej, że wykonanie zespołu Pro Modern ujawniło niestety niedoskonałości. „Stimmung” znaczy nastrój (w sensie atmosfery), ale i strojenie (w sensie muzycznym). Wykonawcy nieustannie się do siebie dostrajają, z czym Pro Morern miał pewien problem. Odniosłam wrażenie, że członkowie zespołu nie słyszeli się wystarczająco dobrze i w rezultacie poszukiwanie owego idealnego zestrojenia nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Nie przekonały też charakterystyczne Stockhausenowskie zawołania, owe miłosno-religijne apostrofy o przerysowanej intonacji, które zabrzmiały zbyt zwyczajnie, jakby soliści czuli się nimi onieśmieleni czy wręcz zawstydzeni.

„No, nie jest to jego najlepszy utwór”, eufemistycznie komentowali koncert niektórzy koledzy po fachu. Choć sama broniłabym „Stimmung”, też uważam, że Stockhausen napisał ciekawsze utwory. Weźmy choćby równie długą „Mantrę” na dwa fortepiany i modulatory kołowe z 1970 roku. Skąd taka popularność „Stimmung”? Czy dlatego, że jest muzycznie znacznie prostszy (co nie znaczy, że wykonawczo też), a medytowanie przez godzinę nad kilkoma dźwiękami łatwiejsze niż podążanie za nieco bardziej złożonymi strukturami? Stąd też chyba fenomen popularności Arvo Pärta, który nie jest przecież najwybitniejszym żyjącym kompozytorem. Na pewno nie wybitniejszym niż Pierre Boulez, choć to właśnie Pärt, a nie Boulez dostał doktora honoris causa Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina.

Skoro o Boulezie mowa, wydarzeniem zamykającym dla mnie rok 2018 w muzyce było polskie prawykonanie utworu „Anthèmes 2” (1997) francuskiego twórcy, które odbyło się 16 grudnia w sali widowiskowej Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego. Marzenie wielu skrzypaczek i skrzypków, utwór techniczny i zarazem przepięknie poetycki, pełen subtelności, delikatnych brzmień i wirtuozowskich przebiegów. Ubarwiony i uprzestrzenniony elektroniką live w estetyce, którą rozpoznaje się po zaledwie kilku dźwiękach. „Anthèmes 2” Bouleza znalazł się w programie projektu edukacyjnego, skierowanego do uczniów i zorganizowanego przez Fundację Harmonie i Hałasy, obok kompozycji Marka Chołoniewskiego, Przemysława Zycha i Rafała Zapały. Pedagogiczny charakter tego wydarzenia ciekawie przełamywał społecznym działaniem szczyt muzycznego wyrafinowania, jakim był właśnie Boulez w doskonałym zresztą wykonaniu skrzypaczki Anny Kwiatkowskiej, która przygotowała się do prawykonania niezwykle sumiennie. Studyjna akustyka sali FINA sprzyjała muzyce, choć – podobnie jak S1 – tylko w dobrym wykonaniu, bo słyszalne były wszystkie detale, od flażoletów pianissimo, po wirujące w przestrzeni dźwięki elektroniczne. Tym lepiej można było docenić precyzyjną technicznie i dopracowaną muzycznie interpretację Kwiatkowskiej, której towarzyszył odpowiedzialny za partię elektroniki Rafał Zapała. Kompozytor z Poznania chwilę wcześniej ożywił publiczność swym konceptualnym utworem „No Meaning Detected” na skrzypce, elektronikę i wideo, stawiając szereg prowokacyjnych pytania, jakże wymownych w kontekście Bouleza, w stylu: „Do you still miss your pre-internet brain?”, albo: „Do old manifestom still driver you?”, czy też: „Pure art without a context. Do you miss it?”. Publiczność ochoczo odpowiadała „Yes!” lub „No!”. Wiele z tych pytań dawało porządnie do myślenia, dlatego zabieram je w nowy rok.

źródło: „Odra” 2/2019

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s