Schizofrenia

paris

Rok 2018 był wyjątkowy nie tylko dla Polski. Setną rocznica zakończenia I wojny światowej obchodziła cała Europa, z tym, że jedni na wesoło, a inni na smutno. Dla krajów Europy Środkowej i Południowej, dla Bałtów, krajów kaukaskich oraz Finlandii rok 1918 oznaczał wyzwolenie i początek nowej historii. Świętowano nie tylko w Polsce. Emocje budziły informacje o tym, jak poszczególne kraje uczciły radosną rocznicę, na co wydały pieniądze. Uznaniem cieszyła się zwłaszcza Finlandia, która na stulecie niepodległości postawiła supernowoczesną bibliotekę. Z kolei na Litwie otwarto Muzeum Sztuki Współczesnej (w skrócie MO) projektu Daniela Liebeskinda. Choć to projekt prywatny, bo zarówno licząca ponad pięć tysięcy prac artystów litewskich kolekcja, jak i ikoniczny budynek powstały ze środków małżeństwa naukowców chemików, którzy dorobili się na biotechnologiach, prezydent Litwy Dalia Grybauskaite i tak uznała, że „otwarcie prywatnego muzeum sztuki współczesnej MO jest wyjątkowym prezentem z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Litwę niepodległości”. Mimo rozmaitych przeszkód, w tym braku publiczno-prywatnego partnerstwa (inwestycja nie została dofinansowana przez Litwę), muzeum i tak powstało, czego niestety nie można powiedzieć o prywatnym muzeum Grażyny Kulczyk. Polska miliarderka i właścicielka imponującej kolekcji sztuki chciała stworzyć podobną instytucję w Poznaniu, a potem również w Warszawie, ale nie porozumiała się z władzami miast i ostatecznie ulokowała swoje muzeum w Szwajcarii. Na styczeń 2019 roku zapowiedziano jego otwarcie w małej alpejskiej wiosce Susch.

Pięknie by było, gdyby na stulecie odzyskania niepodległości chociaż Muzeum Sztuki Nowoczesnej otrzymało wyczekiwaną siedzibę, ale to już marzenie ściętej głowy. Z wielu rozmaitych przedsięwzięć kulturalnych uświetniających rocznicę zwracał natomiast uwagę organizowany przez polskie Wydawnictwo Muzyczne projekt „100 na 100. Muzyczne dekady wolności”. Reklamowany jako „największy projekt muzyczny wolnej Polski”, rzeczywiście imponował rozmachem: w kulminacyjnym momencie, czyli 11 listopada odbyły się koncerty w jedenastu miastach polskich i zagranicznych (Paryż, Wiedeń, Frankfurt nad Menem, Londyn, Tokio, Melbourne, Nowy Jork, Lwów, Kopenhaga, Chicago i Mediolan), ponadto przygotowano wybór stu utworów opowiadających historię polskiej muzyki rok po roku, które zostały wydane na płytach i będą promować Polskę na świecie. Płyt, póki co, nie widziałam, na koncertach też niestety nie byłam. Francuscy przyjaciele, którzy 11 listopada w Paryżu w Le Carreau du temple słuchali utworów Jerzego Kornowicza, Andrzeja Kwiecińskiego, Agaty Zubel, Karola Szymanowskiego, Romana Haubenstocka-Ramatiego i Henryka Mikołaja Góreckiego, wyrazili sceptycyzm. Nie ujmując wymienionym kompozytorom, których muzykę zapewne świetnie wykonał Ensemble Intercontemporain, kontrowersyjny był pomysł otwarcia koncertu (chyba nie tylko tego?) skomponowaną specjalnie do projektu „Fanfarą” Krzysztofa Pendereckiego, która okazała się gniotem, nie została też zaanonsowana i zdezorientowani słuchacze wzięli ją za hymn Polski. Frekwencja na paryskim koncercie była ponoć umiarkowana, ale w sumie nie dziwota, bo święto Polaków zderzyło się z żałobą Francuzów.

Tego samego wieczoru w Philharmonie de Paris odbył się inny koncert. Przy wypełnionej po brzegi sali Pierre’a Bouleza, w uroczystej i poważnej atmosferze wykonane zostało sceniczne dzieło „Shell Shock. A Requiem of War” autorstwa belgijskiego kompozytora Nicholasa Lensa do słów australijskiego poety i popularnego pieśniarza rockowego Nicka Cave’a. Napisany cztery lata wcześniej na zamówienie opery La Monnaie w Brukseli utwór upamiętniał stulecie rozpoczęcia I wojny światowej, dla Belgii najbardziej chyba tragicznej w skutkach. Tytuł oznacza zespół stresu pourazowego, jakiego doświadczali żołnierze. Opera jest rozpamiętywaniem piekła wojny, opłakiwaniem jej ofiar i terapeutyzowaniem do dziś przeżywanej traumy. Bo chociaż państwa ententy odniosły zwycięstwo, to I wojna światowa jest przez nie wspominana głównie jako klęska humanitarna.

Sceniczne requiem „Shell Shock” zostało zatem powtórzone w Paryżu 10 i 11 listopada 2018 roku, tym razem w setną rocznicę zakończenia wojny. Libretto Nicka Cave’a składa się z 12 pieśni śpiewanych przez ofiary: kolonialnych żołnierzy, którzy nie rozumieli języka swoich dowódców, dezerterów skazanych na śmierć i powszechnie potępianych, zaginionych, poległych i sieroty, a także opłakujące synów matki i opatrujące rannych pielęgniarki. Nie ma tu mowy o zwycięskich bitwach ani gloryfikowania bohaterów. W kulminacyjnym momencie dzieła padają mocne słowa, wykrzyczane przez matkę zabitego żołnierza: „Fuck the flag, Fuck God, Give me my son back to me”.

Na sali obecny był Emmanuel Macron oraz zaproszone przez niego do Paryża zagraniczne delegacje – koncert, nagrodzony owacją na stojąco, miał najwyższą rangę państwową i był punktem w oficjalnym programie obchodów rocznicy zakończenia I wojny światowej we Francji.

Wracając z filharmonii, zastanawiałam się nad schizofrenicznością tej rocznicy. To, co dla jednych narodów jest początkiem istnienia, dla innych oznacza śmierć i traumę. Jedni radują się, wpisując do paszportów „Bóg, honor, ojczyzna”, inni opłakują ofiary, przeklinając Boga i flagę. Jak to wszystko pogodzić, skleić w jedną spójną narrację?

Może trzeba było zrobić koncerty w Wilnie, Tallinie, Rydze, Pradze, Bratysławie, Helsinkach i Tbilisi, wtedy przynajmniej byłoby się z kim napić.

źródło: „Odra” 1/2019

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s