SIKORSKI

maxresdefault

Kompozytor przeklęty

Biografia jest zawsze ciekawym i ważnym kontekstem dla twórczości artysty. Pozwala zrozumieć sztukę przez umiejscowienie jej w szerszym polu oddziaływania wielu rozmaitych czynników niekoniecznie estetycznych. Dotarcie do sedna muzyki takiego kompozytora, jak Tomasz Sikorski, jest wręcz niemożliwe bez wiedzy o jego tragicznym życiu. Potwierdza to słaba, mimo energicznej promocji, recepcja twórczości tego kompozytora za granicą. Inaczej jest w Polsce, gdzie Sikorski wyrósł w ostatnich latach na jednego z najważniejszych twórców polskiej awangardy.

Czemu zawdzięcza ten swoisty kult i jaki ma to związek z jego biografią? O tym można się przekonać, oglądając spektakl „Holzwege”, oparty na faktach z życia Sikorskiego. Napisany kilka lat temu przez Martę Sokołowską dramat wzięła na warsztat reżyserka Katarzyna Kalwat. Od dwóch lat spektakl grany jest w warszawskim Teatrze Rozmaitości przy pełnej widowni.

Tomasz Sikorski przedstawiony jest w nim trochę jako artysta przeklęty. Rzeczywiście jego życie owiane jest tajemnicą. Nie wiadomo na przykład, w jakich okolicznościach zginął. Czy popełnił samobójstwo? Rozkładające się ciało czterdziestodziewięcioletniego mężczyzny znaleziono w listopadzie 1988 roku w jego mieszkaniu przy Placu Konstytucji.

Artysta przeklęty to mocna figura, jeśli do tego sztuka, którą tworzy, ma w sobie coś radykalnego, może się wokół takiego artysty rozwinąć kult. To przypadek Sikorskiego.

Tytuł spektaklu „Holzwege” pochodzi od filozofa Martina Heideggera i oznacza błądzenie po drogach do nikąd. Tak też zatytułował jeden ze swych utworów Tomasz Sikorski. W spektaklu błądzi oczywiście kompozytor (Tomasz Tyndyk), ale błądzą też aktorzy (Sandra Korzeniak i Jan Dravnel). Koncept polega na wykreowaniu rzeczywistości próby do fikcyjnego spektaklu o Tomaszu Sikorskim, w trakcie której uczestnicy usiłują zrozumieć swego bohatera.

Ścierają się tu dwie perspektywy: uwznioślająca, wręcz sakralizująca melancholię twórcy i krytyczne, otrzeźwiające spojrzenie na to, jak de facto żył. Niezwykle wyrozumiałe i pełne współczucia spojrzenie Sandry jest nie do pogodzenia z pozbawioną złudzeń interpretacją Jana. Sandra widzi w Sikorskim nadwrażliwca, wybitnego artystę, który ugiął się pod naporem życia, w oczach Jana jest on natomiast przede wszystkim alkoholikiem i zatraceńcem, który staczał się po równi pochyłej.

Przyznam, że obraz Sikorskiego prezentowany przez Jana był mi nieznany. Ze spektaklu „Holzwege” dowiedziałam się wielu szczegółów, o których nigdy bym nie pomyślała. Na przykład, by zdobyć pieniądze na wódkę, Sikorski ponoć wyprzedawał meble i pamiątki rodzinne. Zadawał się z podejrzanymi typkami i awanturował w restauracjach. Środowisko kompozytorskie wspierało go zamówieniami, Sikorski coraz bardziej jednak oddalał się od przyjaciół i w ogóle od ludzi.

Między rozważania tej dwójki raz po raz wkracza ze swymi prawdziwymi wspomnieniami Zygmunt Krauze. Kompozytor i pianista, a także bliski przyjaciel Tomasza Sikorskiego jest w spektaklu postacią rzeczywistą, prawdziwym świadkiem życia Sikorskiego. W bardzo naturalny sposób (całkiem spontanicznie?) opowiada o nim, cytuje listy, komentuje i uzupełnia spostrzeżenia Sandry i Jana. W jego oczach Tomek był przede wszystkim bardzo samotny i zagubiony. Wołał o pomoc.

Jakie były przyczyny tak ciężkiego zaburzenia psychicznego, tego się jednak nie dowiadujemy. Czy jego źródła tkwiły w relacji z ojcem Kazimierzem Sikorskim, znanym polskim kompozytorem i teoretykiem muzyki, rektorem warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej? A może przygnębiała go sytuacja polityczna w Polsce? W spektaklu przywoływany jest m.in. eksces Sikorskiego, który po głoszeniu stanu wojennego stanął w samej koszuli pod kolumną Zygmunta i zwymyślał milicjanta. Jest też mowa o stypendium w USA w 1975 roku, które kompozytor spędził nie wychodząc z pokoju hotelowego, obezwładniony przez egzystencjalne lęki.

Owocem pobytu w Stanach była kompozycja „Samotność dźwięków” na taśmę. Tytuły utworów Sikorskiego mówią same za siebie: „Choroba na śmierć”, „Widok z okna oglądany w roztargnieniu”, „Drogi do nikąd”, „Milczenie syren”… Kontemplacja jednego akordu, powtarzanie w nieskończoność jednego dźwięku to dość radykalna koncepcja muzyki. Radykalna i osobna, bo trudno ją traktować jako wariant polskiego sonoryzmu, nie ma też nic wspólnego z pogodnym amerykańskim minimalizmem. Katatonicznie zatrzymana i jednoznacznie pesymistyczna, muzyka ta wyraża rozpacz artysty myślącego o samobójstwie.

Ważnym elementem przestawienia jest muzyka Sikorskiego w wykonaniu Zygmunta Krauzego. Trzeba na nią jednak czekać niemal do końca przedstawienia, które jest minirecitalem fortepianowym. Poprzez otwarcie się tylnej ściany sceny pogłębia się i oczyszcza przestrzeń, tworząc miejsce dla dźwięków.

Tomasz Sikorski jest więc dziś kompozytorem kultowym. Od liku lat trwa swoisty renesans jego twórczości, która przyciąga również słuchaczy niezainteresowanych bezpośrednio muzyką. Jest prosta i sugestywna. Ten szczególny biograficzny „program” tłumaczy po ludzku radykalny język dźwiękowy i przybliża do muzyki Tomasza Sikorskiego.

Źródło: „Odra” 7-8/2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s