Instalakcje 2018

39603157_1880806795313468_40210845329784832_n

Instalakcje, interakcje

Zorganizowany po raz siódmy przez warszawski Nowy Teatr festiwal Instalakcje znów zaskoczył. Niektórzy sądzili, że przedmiot bezpośredniego zainteresowania kuratora i kompozytora Wojtka Blecharza – muzyka rozumiana jako site specific i time specific, a więc jako instalacja i jako akcja – wkrótce się wyczerpie. Tak to przynajmniej mogło wyglądać z perspektywy muzycznego i festiwalowego mainstreamu, na Warszawskiej Jesieni czy Sacrum Profanum zjawiska te są bowiem słabo widoczne. Tymczasem tegoroczne Instalakcje były co najmniej tak ciekawe, jak poprzednie.

Jeden na jeden – taki koncept programowy zaproponowali organizatorzy, zapraszając publiczność do udziału w szeregu wydarzeń, których istotą było maksymalne zbliżenie artysty z odbiorcą. Jeden muzyk gra dla jednego słuchacza. Okazało się, że taka sytuacja może być nadzwyczaj twórcza dla obu stron, a zaledwie kilkuminutowe spotkanie zaowocować intensywnym doświadczeniem.

Trzeba było odpowiednio wcześnie zarezerwować wejściówkę na konkretną godzinę i stawić się w określone miejsce. W różnych nietypowych i często na co dzień niedostępnych przestrzeniach Nowego Teatru – w garderobach, na schodach, w szklarni – przez całą sobotę i niedzielę (18-19 sierpnia) równolegle odbywały się indywidualne seanse.

Rozpoczęłam od spotkania w wielkiej sali Nowego Teatru z perkusistą Niklasem Seidlem, który posadził mnie na fotelu twarzą do ściany i stanął za moimi plecami. Kompozycja Manosa Tsangarisa nosiła tytuł „Ein-Personen-Kopf-Duschen-Schreiber” i trwała zaledwie minutę. W tym czasie wyświetlony został film, którego umuzycznienie odbyło się tuż nad moją głową. Potem obie warstwy – dźwiękowa i wizualna – przemieszały się, a przestrzeń stała się trójwymiarowa za sprawą realnych obiektów i instrumentów fruwających nade mną.

Następnie duet Aleksandry Chciuk i Kuby Krzewińskiego w całkowitej ciemności wykonał dla mnie „Black of Granule”. Utwór pełen zagadek, zmuszał do wyobrażenia sobie źródła szmerów (którym ostatecznie okazał się fortepian). Brak światła wyostrzał percepcję dźwięku i zniekształcał poczucie przestrzeni.

Całkowita ciemność budowała dystans między słuchaczem i wykonawcami. Inaczej było w przypadku wykonanej przy pełnym świetle kompozycji „Solo” Ariego Benjamina Meyersa, która zakładała bliski kontakt ze śpiewaczką Barbarą Kingą Majewską. Słuchacz zajmował miejsce na krześle ustawionym na schodach między piętrami. Wkrótce pojawiała się solistka, zapalała lampę i rozpoczynała swój występ. Zwracała się przy tym bezpośrednio do odbiorcy, wzywając go do słuchania, a w pewnym momencie także do odpowiedzi. Słowa „I’m here to listen to you” wypowiadała szeptem wprost do jego ucha, co niektórych krępowało, zawstydzało. Wewnętrzne zblokowanie konkurowało tu z chęcią podjęcia dialogu z artystką.

W programie Instalakcji wiele było projektów pomyślanych jako bezpośrednia interakcja. Angelo Solari skomponował swój utwór „Audición” w formie teatralnej próby czytanej, w której słuchacz wspólnie z artystą (w tym wypadku z Wojtkiem Blecharzem) wykonywał partyturę w postaci krótkiego dialogu opatrzonego didaskaliami i rozmaitymi dźwiękami.

Jeszcze inaczej interakcję zaprogramował Johannes Kreidler, który oferował pieniądze w zamian za słuchanie muzyki. Jego performans „Ear Jobs” wywołał kontrowersje. Z przygotowanej przez kompozytora listy należało wybrać jeden utwór, następnie poświęcić 5 minut na jego wysłuchanie. Wszystkie kompozycje (muzyka współczesna, Bach, muzyka etniczna) były wycenione na średnio 4-5 złotych – z wyjątkiem muzaka, za który można było dostać 40 zł. Po wysłuchaniu wybranego utworu Kreidler płacił słuchaczowi stosowną sumę z budżetu stanowiącego jego własne honorarium. Dwuznaczność tej wymiany, niechęć do „wyzyskiwania” artysty, który sam kreował się na wyzyskiwacza, a także niejasny przelicznik monetarnej i artystycznej wartości muzyki (oczywiście, poza muzakiem), krępowały uczestników, którzy zazwyczaj wybierali najniżej płatny utwór. Dyskomfort i niemożliwość dokonania satysfakcjonującego wyboru umiejętnie podsycał sam kompozytor, wypominając osobie wybierającej muzak, że łatwo się sprzedaje.

Innego rodzaju interakcję oferowały utwory „SHH I” Yiran Zhao oraz „Ear Action” Neo Hülckera i Stellana Veloce. Pierwszy doświadczany był na leżąco, zaś główną areną zdarzeń – instrumentem i rezonatorem, a zatem źródłem samej muzyki – była głowa słuchacza. Zaopatrzona w gumowe rękawiczki kompozytorka na zmianę z perkusistką Magdaleną Kordylasińską-Pękalą wykonywały rytmiczny masaż głowy, uszu a nawet podbródka, wprawiając słuchacza w stan trudnej do opisania błogości. Z kolei Stellan Veloce i Filip Sporniak zakładali słuchaczom słuchawki ochronne i wykonywali na nich rozmaite działania, produkując niezwykłe efekty akustyczne doświadczane w totalnym odcięciu od otoczenia, znów bezpośrednio w głowie.

Kompozycje takie jak „Ear Action” i „AHH I” przesuwały ośrodek powstawania dźwięku z instrumentu na słuchacza. Muzyka rozbrzmiewała wyłącznie w jego uszach, pozostając niesłyszalna nawet dla wykonawców. W ekstremalnym przypadku słuchacz sam był odbiorcą i wykonawcą muzyki, jak w utworach „Techno” Davida Helbicha i „Augen-Tanz” Gerharda Stäblera, których odtworzenie polegało na odpowiednim (czytaj: rytmicznym, muzycznym) zatykaniu własnych uszu, względnie zamykaniu oczu. Ekstremalna wsobność i zarazem organiczna jedność słuchacza z dźwiękiem, która jest efektem takich projektów, uwrażliwia na elementarne zjawiska akustyczne, ale też skrajnie subiektywizuje odbiór muzyki.

Jeszcze innym wydarzeniem – swoistą podróżą w czasy prenatalne – był performans zatytułowany „Bathub Memory Project” greckiej grupy artystów, którą tworzyli: Eleftherios Veniadis (muzyka), Eleni Efthymiou (reżyseria), Giannakopoulos (wideo), Natasa Efstathiadi (scenografia), Vassilis Selima (wideo/ilustracje). Podróż tę słuchacz odbywał siedząc w wannie wypełnionej wodą i otoczonej białym parawanem, na którym wyświetlany był film. Utwór na sopran (zamiennie Aleksandra Klimczak, Monika Łopuszyńska i Eleni Efthymiou) i violę da gamba (Karolina Szewczykowska) rozwijał się wokół wanny, o ile jednak instrument pozostawał poza zasięgiem wzroku kąpiącego się, o tyle śpiewaczka przekraczała granicę parawanu i krążąc wokół wanny hipnotyzowała odbiorcę.

Niezwykle pięknych doznań dostarczyła także kompozycja „Soundtouch” Wojtka Blecharza w wykonaniu perkusistki Jen Torrence – tym razem słuchana jednocześnie przez cztery osoby. Leżąc na matach z zasłoniętymi oczami, słuchacze doświadczali fizycznie wibracji instrumentów, a także współtworzyli muzykę za pomocą wkładanych im w dłonie rozmaitych przedmiotów i instrumentów.

Programu festiwalu dopełniły instalacje dźwiękowe Celeste Oram („Is There Fire on the Distance?”), Izabeli Smelczyńskiej („Hełmofon”), Petera Ablingera („Weiss Weisslich 25”), Neo Hülckera i Stellana Veloce („Self induced music”), a także performans Uny Lee („Humming of Sea”), która snuła się incognito po foyer teatru i od czasu do czasu podchodziła do wybranej osoby i szeptała jej coś do ucha.

Takie zbliżenie, które niekiedy oznaczało przekroczenie bariery fizycznego kontaktu, nie musiało być przyjemne. Na pewno nie było obojętne. Pełne otwarcie się na interakcję umożliwiało natomiast maksymalnie zintensyfikować doświadczenie – i to obustronnie. Sytuacja jeden na jeden mobilizowała wykonawcę i słuchacza, nie pozwalając zwyczajowo odegrać zadany program ani biernie się mu „przysłuchiwać”. Ta aktywizacja byłyby jeszcze pełniejsza, gdyby bezpośrednio po wykonaniu można było ze sobą porozmawiać, gdyby pozostawić trochę niezagospodarowanego czasu na współobecność. Byłaby to zachęta do zwerbalizowania na gorąco własnych przeżyć, do bezpośredniego wyrażenia emocji, co w ramach „tradycyjnego” koncertu też nie jest przecież oczywiste. Festiwal rzucał w końcu światło na ten aspekt muzyki, który pozostaje poza doświadczeniem skonwencjonalizowanego rytuału koncertowego.

Instalakcje odbyły się dzięki wsparciu Centrum Kulturalnego Onassisa i Instytutu Goethego, za to bez dotacji polskiego MKiDN, które konsekwentnie ignoruje najciekawszą moim zdaniem scenę muzyczną Nowego Teatru. Najwyraźniej maja tam słabych doradców.

Źródło: „Odra” 10/2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s