Krew w muzyce

uid_553812107a49d5ff545b60e28572a3cc1507715902004_width_907_play_0_pos_0_gs_0_height_515

Nowy rok rozpoczął się od ważnej muzycznej premiery. Po „in vain” Georga Friedricha Haasa wykonanym jesienią ubiegłego roku w Nowym Teatrze w Warszawie, w styczniu doczekaliśmy się pierwszego w Polsce wykonania słynnego cyklu „Professor Bad Trip” Fausta Romitellego. Powstałe w 2000 roku dzieło, trwające trzy kwadranse i będące muzyczną impresją na temat skutków zażycia meskaliny, znalazło się w programie koncertu – nomen omen – Delirium Ensemble. Był to polski debiut międzynarodowego zespołu założonego przez charyzmatycznego dyrygenta i wiolonczelistę Wiktora Kociubana, który odbył się jako wydarzenie towarzyszące wystawie „Krew. Łączy i dzieli” w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”.

Program koncertu nawiązywał do tematyki wystawy i charakteru miejsca. Jego tytuł „Krew w klepsydrze” został zapożyczony od utwory izraelskiej kompozytorki Chayi Czernowin (ur. 1957). Napisany w 1992 roku „Dam Sheon Hachol” okazał się niezwykle plastycznym przedstawienie różnych stanów wyimaginowanego organizmu. Swoiście ilustracyjna muzyka na smyczki pobudzała wyobraźnię i – by posłużyć się medyczną metaforą – ewokowała skojarzenia z jakimś nadpobudliwym, innym razem anemicznym, niedokrwistym bytem. Izraelski tytuł kompozycji oznacza zarazem upływ czasu, jak i jego zatrzymanie. W swej interpretacji utworu Czernowin muzycy Delirium wyostrzyli tę paradoksalną opozycję.

Kompozycja młodego Izraelczyka Yaira Klartaga (ur. 1985) zatytułowana „On writing poety” (2013) podejmowała z kolei dialog ze słynnym twierdzeniem Adorna, że po Auschwitz nie można już pisać poezji. Jako potomek ocalałych z Holokaustu Klartag nosi w sobie traumę. Krew staje się tu nie tyleż symbolem tożsamości, co wojennego okrucieństwa, przedstawionego w muzyce dość jednoznacznie za pomocą ciemnych barw i niskich dźwięków instrumentów, w tym „apokaliptycznej” tuby. Klartag wykorzystał efekty znane z muzyki Georga Friedricha Haasa, u którego studiował. Słychać to w charakterystycznych tremolach i progresjach, które u Haasa również mają charakter dark.

Najważniejszym punktem w programie koncertu była jednak muzyka Fausta Romitellego, nieżyjącego już kompozytora włoskiego (1963-2004), związanego jednak z Francją i znanego dziś jako tego, który z sukcesem połączył idiom muzyki współczesnej (o spektralnym rodowodzie) i rockowej. Przesterowane brzmienia gitar elektrycznych i psychodeliczne harmonie są znakiem firmowym jego wyrafinowanych brzmieniowo i efektownych kompozycji.

Na otwarcie wieczoru zabrzmiał utwór „Blood on the Floor. Painting 1986” (2000) Romitellego, inspirowany obrazem Francisa Bacona pod tym samym tytułem. Nowoczesny ekspresjonizm irlandzkiego malarza został przedstawiony w muzyce przy pomocy gryzących współbrzmień smyczków (niczym z horroru) i glissand gitary elektrycznej przypominającej wycie wilka o północy. Na sam koniec zaś – po kompozycjach Czernowin i Klartaga – usłyszeliśmy „Professor Bad Trip: Lesson I, II, III”, cykl napisany pod wpływem lektury poety Henri Michaux. W obu dziełach Romitelli eksploruje mroczne rejony (nie)świadomości. Narkotyczne wizje przybierają u niego postać muzyki niezwykle intensywnej, wielobarwnej i buzującej coraz to nowymi brzmieniami, o płynnej harmonice imitującej barwne halucynacje wzrokowe, jakie ponoć są efektem zażycia meskaliny.

W wykonaniu Delirium Ensemble muzyka Romitellego zabrzmiała efektownie. Wykonawcy grali z dbałością o odpowiedni dźwięk, czytelną artykulację i techniczną precyzję. Aż trudno uwierzyć, że było to ich pierwsze zetknięcie z partyturami włoskiego kompozytora, jak również pierwszy koncert w takim składzie. Zespół sprawiał wrażenie doskonale zgranego. Dobre nagłośnienie, odpowiednio wyważone balanse dynamiczne i w efekcie klarowne brzmienie, w którym poszczególne partie instrumentów były wyraźnie słyszalne, pozwoliły smakować zarówno złożone struktury muzyczne, jak i dźwiękowe detale. Wiolonczelista Tomasz Daroch brawurowo wykonał kilkuminutową solówkę w „Lekcji II”. Jego charakterystycznie przesterowana wiolonczela brzmiała niczym gitara elektryczna, zaś wirtuozeria i intensywność gry przywodziły na myśl gwiazdy rocka.

Zespół wystąpił w białych kombinezonach medycznych i szpitalnych ochraniaczach na buty. W kuluarach żartowano, że to gest solidarności z lekarzami rezydentami. W rzeczywistości chodziło o widowisko muzyczne, które oddziaływałoby na wiele zmysłów. Kompozycjom wykonywanym bez przerw towarzyszyły projekcje wideo autorstwa Anny Sztwiertnii, sam koncert zaś poprzedził elektroniczny ambient, wprowadzający słuchaczy w nastrój wyjątkowości.

„Professor Bad Trip” doczekał się już wielu wykonań. Jedyne nagranie płytowe belgijskiego zespołu Ictus z 2005 roku rozpowszechniło wprawdzie muzykę włoskiego kompozytora i spopularyzowało jej charakterystyczne brzmienie, które zresztą stało się też brzmieniem Ictusa, określającym profil estetyczny tego zespołu, w międzyczasie jednak kolejne grupy sięgały po partytury Romitellego, interpretując je po swojemu. Na YouTube można dziś znaleźć wykonania m.in. Ensemble 21 (USA), Icarus (Wielka Brytania), Offspring (Australia), Klang (Holandia), Fiari (Włochy) i Black Page Orchestra (Austria). Ten ostatni młody zespół z Wiednia wykonuje „Professor Bad Trip”, podobnie jak Delirium, w białych tiulowych kombinezonach i przy projekcjach wideo. Przypadek to czy świadome nawiązanie? Tak czy owak występ Delirium wypadł na tle innych zespołów bardzo dobrze.

Styczniowy koncert w „Polin” wyróżniał klarowny koncept i dobre wykonanie. Inteligentnie zbudowany program złożony z wartościowych utworów powiązanych wspólną osią i nawiązujący do tematyki oraz miejsca wystawy – z jednej strony krew, z drugiej wątki żydowskie – pokazywał, że poprzez nową muzykę można nawiązać dialog z rzeczywistością pozadźwiękową, nie rezygnując przy tym z artystycznych ambicji.

źródło: „Odra” 3/2018

Reklamy

4 comments

  1. Łukasz Piskor

    Tak sobie słucham tej muzyki współczesnej, niby wszystko w porządku, funkcjonują różne nurty, ścierają się – coś się pewnie z tego urodzi. Ale wie Pani, czego najbardziej brakuje mi w muzyce XXI wieku? Pełnego pięknego brzmienia orkiestry symfonicznej. Pisza ci młodzi kompozytorzy na jakieś takie dziwne składy: tu kawałek kwartetu, jakiś syntezator czy komputer, tu znów dwóch solistów, ewentualnie fortepian, w porywach jakiś ensembl. Mam taką teorię, że to wina pieniędzy. Orkiestra symfoniczna kosztuje. Proszę spojrzeć choćby na ostatnie Warszawskie Jesienie: jeden, góra dwa duże koncerty z orkiestrą. Reszta gdzieś tak w kameralnych przestrzeniach – kto tam chodzi. Wykonanie utworu młodego kompozytora przez orkiestrę filharmonii nobilituje.Mieszkam w zabitej dechami dziurze, ale mam blisko do Wrocławia. Ludzie chodzą do filharmonii, ale chcą słuchać ładnych melodii. Wiadomo, że koncerty monograficzne współczesnych kompozytorów nie wchodzą w grę. Ale można przecież przemycić coś nowego na koncercie, a potem dać hit. Tak mi się wydaje, że XXI wiek będzie należał do kameralistyki, a to jeszcze bardziej zawęzi odbiorców nowej muzyki. Tak na przykład gdyby puścić uczniowi szkoły średniej czy nawet podstawowej w filharmonii dajmy na to 7 Kwartet smyczkowy Beethovena i Krzesanego.To co mu da bardziej po bani – jak oni teraz mówią, Jest kapitalizm i wszyscy muszą zarobić, ale tu jest pole do popisu dla rządzących. Coś tam słyszałem o instytucie, który ma zamawiać utwory u młodych kompozytorów, ale trzeba pisać na orkiestrę. Orkiestr symfonicznych jest teraz w Polsce więcej, nagrywają płyty. Zszedłem na nasze podwórko, ale zjawisko jest obecne na całym Zachodzie. dobrze, że byli Lutosławscy, Messiaeni, Henzowie, Nonowie, Ligeti i inne Xenakisy, no jest jeszcze Stockhausen. Także za jakieś 60 lat obciachu nie będzie.

    • Monika Pasiecznik

      Z pewnością pieniądze mają znaczenie, ale nie tylko. Kompozytorzy unikają orkiestr ze wzajemnością – muzycy orkiestrowi potrafią stawiać opór nawet zasłużonym twórcom. To sprawia, że kompozytorzy wolą pracowac w gronie muzyków szczerze oddanych sprawie – choćby niewielkim. Tu mogą sobie pozwolić na eksperymenty. To jedna z przyczyn, dlaczego w muzyce XX i XXI wieku kameralistyka, a zwłaszcza ansambl jako mimiatura orkietsry, stała się powszechna. Ale istnieje oczywiście wiele wspaniałych utworów na orkiestę. Zgadzam się z Panem, że potęgi brzmienia muzyki symfonicznej nie da się z niczym porownać. Weźmy choćby „Schreiben” Lachenmanna, „Terretektorh” Xenakisa, „Gruppen” (na 3 orkiestry!) Stockhausena, „Atmospheres” Ligetiego, „Speakings” Harveya czy „Ouvertures” Steena-Andersena.
      Istnieje sprawdzona strategia „przemycania” nowej muzyki w programach koncertów abonamentowych. Tzw. koncerty „sandwichowe” prezentują dwa hity muzyki klasycznej, a pomiędzy nimi coś z muzyki współczesnej. W Niemczech ta strategia jest szeroko praktykowana, u nas nieco mniej.
      Muzyka współczesna na orkiestrę zawsze robi ogromne wrażenie, ale w kameralistyce również mamy wiele arcydzieł. Cykl „Professor Bad Trip” Romitellego czy „In vain” Haasa są tego najlepszymi przykładami.

  2. Pingback: 20.01.2018 Hourglass bleeds still... - Delirium-Edition
  3. Pingback: 20.01.2018 Hourglass bleeds...POLIN Warszawa (PL) - Delirium-Edition

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s