Joga ze Stockhausenem

 

26230865_1797536293631282_8961881585750330951_n

Choć muzyka Karlheinza Stockhausena nie rozbrzmiewa szczególnie często w Polsce, można jej czasem posłuchać w Krakowie. Tamtejsza Akademia Muzyczna staje się wręcz polskim ośrodkiem zainteresowania twórczością niemieckiego kompozytora. W grudniu zorganizowała już Drugie Dni Muzyki Karlheinza Stockhausena.

Pierwsze odbyły się dziewięć lat temu, w związku z oczekiwanymi osiemdziesiątymi urodzinami kompozytora (który zresztą przyjął zaproszenie do Krakowa). Organizowała je wówczas Katedra Teorii i Interpretacji Dzieła Muzycznego, a pomysłodawcami byli teoretyczna Agnieszka Draus (która obroniła doktorat na temat cyklu operowego LICHT) oraz Krzysztof Kwiatkowski, krytyk i kurator muzyczny. Niestety kompozytor nie dożył osiemdziesiątki, nie pojawił się w Krakowie, a same Dni nabrały charakteru wspomnieniowego.

Rocznica była też pretekstem dla Drugich Dni Muzyki Karlheinza Sockhausena, gdyż kompozytor zmarł równo dziesięć lat temu. Tym razem zorganizowała je Katedra Instrumentów Dętych Drewnianych i Akordeonu, a głównym tematem była twórczość na klarnet. Instrument ten zajmuje w dorobku Stockhausena szczególne miejsce od momentu, gdy na drodze kompozytora pojawiła się Suzanne Stephens, amerykańska klarnecistka i jego życiowa partnerka, dla której skomponował kilkadziesiąt utworów. Stockhausen oraz Stephens przyczynili się tym samym do rozwoju repertuaru klarnetowego, a wiele utworów Stockhausena stanowi dziś dla wykonawców przysłowiowego świętego Graala. Nie każdy może je grać. Oprócz muzykalności i doskonałej techniki potrzebne są jeszcze pewne szczególne predyspozycje fizyczno-charakterologiczne.

Muzykę klarnetową Stockhausena wysoko ceni Andrzej Godek, klarnecista i profesor Akademii Muzycznej, szef Katedry i główny sprawca Drugich Dni. Zainspirowany przez swoją doktorantkę Barbarę Borowicz, zaprosił w grudniu do Krakowa najwybitniejsze wykonawczynie utworów klarnetowych, z jakimi Stockhausen pracował w ostatnich latach: Merve Kazakoğlu, Robertę Gottardi, Rumi Sota-Klemm, Johannę Jannig i samą Suzanne Stephens. Artystki, z wyjątkiem Stephens, która przeprowadziła warsztaty i wzięła udział w dyskusji, wygłosiły referaty i zagrały wybrane utwory Stockhausena.

Barbara Borowicz niedawno dołączyła do wąskiego grona wykonawczyń HARLEKINA, któremu to utworowi poświęciła swój doktorat. O jej znakomitej, przygotowanej m.in. pod kierunkiem Suzanne Stephens, ale także konsultowanej ze specjalistą od komedii dell’arte interpretacji tego arcytrudnego, trwającego czterdzieści pięć minut utworu, granego z pamięci, w przebraniu i w nieustannym ruchu w przestrzeni, pisałam już w relacji z Poznańskiej Wiosny Muzycznej. Polska klarnecistka wykonała HARLEKINA na pierwszym z trzech koncertów, jakie obok konferencji i warsztatów złożyły się na Drugie Dni Muzyki Karlheinza Stockhausena.

Na kolejnym koncercie zabrzmiały TRAUM-FORMEL, EVAS SPIEGEL i FREIA w wykonaniu Rumi Sota-Klemm, a także DIE SIEBEN LIEDER DER TAGE w wykonaniu Johanny Jannig – wszystkie utwory związane z cyklem operowym LICHT i przeznaczone na basethorn, rzadki instrument z rodziny klarnetów, który Stockhausen uczynił jednym ze swych znaków firmowych.

Jak wyjaśniały klarnecistki następnego dnia podczas dyskusji, tajemnica wykonawstwa muzyki Stockhausena polega na precyzyjnym odczytaniu partytury, w której zawarte są wszystkie wskazówki wykonawcze. Złe interpretacje biorą się natomiast z niechlujstwa i niedokładności. Ich własne wykonania cechowała perfekcja techniczna, której efektem było wrażenie lekkości, w jaką grały te z pozoru niewinne, a w rzeczywistości bardzo trudne utwory. Imponowała swoboda, z jaką wykonywały wpisaną w partyturę, niekiedy karkołomną choreografię, oraz dobrym wyczuciem przestrzeni scenicznej. Miękkie gesty drobnej Japonki kontrastowały przy tym z nieco posągowymi figurami rosłej Niemki (notabene żony Stephens, młodszej od niej o ponad czterdzieści lat). Przyjemnie było też popatrzeć na niezwykłe, kunsztownie szyte kostiumy, jakie każda artystka, zgodnie z zaleceniem Stockhausena, przygotowała dla siebie. Tego samego wieczoru odtworzono jeszcze przepiękny MONTAGS GRUSS, utwór otwierający operę PONIEDZIAŁEK, w którym mikrotonowe pasaże basethornu zlewają się i multiplikują w warstwie elektronicznej, dając wrażenie falującej wody.

Charakterystyczną cechą utworów klarnetowych Stockhausena jest ich najczęściej zdefiniowany gender. Takie utwory, jak SUSANI, BASETINEN czy FREIA, dedykowane z miłością Suzanne Stephens, pełne zalotnych gestów i wymownych póz, w wykonaniu mężczyzny przemieniłyby się w karykaturę. Płeć wykonawcy dookreśla również kostium, na przykład utwory XI i YPSILON należy grać z przyczepionymi do kostek dzwonkami hetery.

Stockhausen uwielbiał kobiety i to one są dziś najlepszymi wykonawczyniami jego muzyki. Być może trudna muzyka przyciąga ambitnych wykonawców. Jeśli dziś zauważamy, że mało jest kobiet w nowej muzyce, to Stockhausen te statystyki wyraźnie polepszał.

W Krakowie wystąpiły niemal same kobiety. Wyjątkiem był Dominik Domińczak, który na ostatnim koncercie wykonał utwór IN FREUNDSCHAFT, jeden z tych genderowo neutralnych. Student z Łodzi, miał rzadką okazję popracować wcześniej nad utworem z Suzanne Stephens. Następnie Roberta Gottardi zagrała na klarnecie basowym HARMONIEN z KLANG. Drobnej postury Włoszka doskonale panowała nad niemal większym od niej instrumentem. Potem Turczynka Merve Kazakoğlu wykonała brawurowo kompozycję DER KLEINE HARLEKIN, będącą fragmentem „dużego” HARKELINA. Kazakoğlu, ubrana w seledynowy kombinezon w romby z przyczepionymi doń małymi lusterkami, rzucała na około „zajączki”. Figlowała na scenie i poza nią, kręcąc piruety, strojąc głupie miny i wchodząc w interakcję z publicznością. Stojąc na jednej nodze, grała bezbłędnie najtrudniejsze pasaże. Wydobyła z utworu Stockhausena całą jego dziecięcą naiwność. Koncert i całe Dni zamknęło odtworzenie rejestracji wideo wykonania kompozycji TREUE z KLANG, tria na klarnet, basethorn i klarnet basowy w wykonaniu odpowiednio Roberty Gottardi, Rumi Sota-Klemm i Petry Stump.

Jednym z wątków poruszonych w dyskusji z artystkami było przygotowanie kondycji fizycznej do wykonywania utworów Stockhausena, które są długie, trzeba je grać z pamięci, trzeba też podczas gry wykonywać podskoki, skłony, klękać, siadać, stawać na jednej nodze, a czasem wykręcać ciało w nienaturalnej pozie. Stockhausenowska wykonawczyni musi być gibką akrobatką o elastycznym ciele, dobrej orientacji przestrzennej i uroku osobistym. Stephens zaprzeczyła, by kompozytor wysyłał ją przez premierą na ćwiczenia gimnastyczne. Jej zdaniem to sama muzyka pozwala utrzymać świetną formę: uprawiana regularnie, rozwija pamięć i muzykalność, ale też ciało, pozwalając cieszyć się dobrą kondycją nawet w dojrzałym wieku. Szczupła i skoncentrowana Stephens, dziś siedemdziesięciodwuletnia kobieta, jest najlepszym dowodem na to, że muzyka Stockhausena działa jak joga.

Trzy dni wypełnione muzyką klarnetową Stockhausena oraz refleksją na jej temat dobrze zrobiły również słuchaczom, którzy już nie mogą się doczekać kolejnej odsłony. Na boku żartowano, że to już za rok – w 2018 przypada bowiem rocznica dziewięćdziesiątych urodzin kompozytora.

źródło: „Odra” 2/2018

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s