Sokołowsko

wp_20160814_006

Kuracja dźwiękiem

Urodziłam się we Wrocławiu i całe dzieciństwo podróżowałam po sudeckich kurortach, nigdy jednak nie słyszałam o położonym niedaleko Wałbrzycha, tuż przy czeskiej granicy Sokołowsku. Moja mama też nie słyszała, choć na Dolnym Śląsku mieszka od czterdziestu lat. Faktem jest, że nikt w rodzinie nie chorował na płuca i nie jeździł się tam leczyć…

Wieś licząca około tysiąc mieszkańców, w której czynny jest jeden sklep spożywczy i jedna kawiarnio-pizzeria, była niegdyś największym w Europie uzdrowiskiem i pierwszym na świecie sanatorium dla gruźlików. Powstało ono w połowie XIX wieku i zyskało międzynarodową sławę również dźwięki pięknej architekturze Edwina Opplera. Sokołowsko (dawnej Görbersdorf) jest dziś nazywane „śląskim Davos”, choć powinno być na odwrót, bo szwajcarski kurort powstał później i na wzór Sokołowska. Thomas Mann mógł umieścił akcję „Czarodziejskiej góry” w Sokołowsku, gdzie wykorzystywano nowoczesny sposób leczenia chorych na gruźlicę metodą klimatyczno-dietetyczną, wzbogaconą o hydroterapię Vincenta Pießnitza (od jego nazwiska pochodzi słowo „prysznic”). Tymczasem o Sokołowsku można poczytać w powieści „Wanda” (1930) Gerharda Hauptmanna, który przez pewien czas mieszkał w Görbersdorf. Można też obejrzeć krótki film dokumentalny „Prześwietlenie” (1974) Krzysztofa Kieślowskiego, który spędził w Sokołowsku sporo czasu, towarzysząc leczącemu się tu ojcu. Dziś w Sokołowsku znajduje się archiwum twórczości polskiego reżysera, zaś wieś znana jest już nie tylko z działających nadal sanatoriów, lecz także z wydarzeń artystycznych organizowanych przez Fundację Sztuki Współczesnej „In Situ”.

Utworzoną w 2004 roku Fundacją kierują artystki: Bożena Biskupska i jej córka Zuzanna Fogtt. Cel był oczywisty: stworzyć przestrzeń dla działań artystycznych. Fundacja powstała w podwarszawskiej Podkowie Leśnej, na miejsce działania wybrała jednak Sokołowsko, gdzie zaangażowała się w odbudowę zrujnowanego neogotyckiego pałacu – Sanatorium dra Brehmera. To tu w przyszłości ma powstać Laboratorium Kultury, choć w zasadzie ono już istnieje i w kawałek po kawałku odbudowywanych fragmentach zamku od kilku lat odbywają się wydarzenia artystyczne, m.in. trzy festiwale: filmu, performansu i muzyki eksperymentalnej.

Dziś to kultura jest magnesem przyciągającym do Sokołowska i przypominającym o zrujnowanej sudeckiej perle. W posiadaniu fundacji są też zabytkowa willa „Różanka” (odbudowana, znajduje się w niej siedziba fundacji oraz przestrzenie rezydencyjce), a także podupadający, choć czynny kinoteatr „Zdrowie”. Do Sokołowska przyjeżdżają artyści i miłośnicy sztuk wszelakich nie tylko na festiwale. Coraz więcej osób osiedla się w Sokołowsku na stałe. Jest już ponoć trzydzieści takich osób.

Że Sokołowsko ma niezwykłą aurę, potwierdziło kilkaset osób, które przyjechały w połowie sierpnia na trzeci już festiwal muzyki eksperymentalnej „Sanatorium Dźwięku”. Ale aura to nie wszystko, bo w Sokołowsku dzieją się rzeczy artystycznie naprawdę unikalne i ważne. W tym roku festiwal prezentował dokonania kilkudziesięciu twórców muzyki i sztuki dźwięku z Europy i USA. Niektórzy z nich odbyli na miejscu rezydencje artystyczne (współpraca z A-I-R WRO), zaś w programie festiwalu znalazły się efekty ich pracy w Polsce. W Sokołowsku rezydowali m.in. Keith Rowe, Michael Pisaro, Valerio Tricoli, Mario de Vega, Alessandro Bosetti, Martin Howse, Olivia Block i Stephen Cornford.

Jednym z ważnych gości „Sanatorium Dźwięku” był amerykański kompozytor i gitarzysta Michael Pisaro (*1961), któremu poświęcono odrębny koncert w malowniczej, nieodrestaurowanej przestrzeni zamku. Pisaro wykonał razem z Lucio Capece (klarnet), Johnnym Changiem (skrzypce), Mikem Majkowskim (kontrabas), Bryanem Eubanksem (saksofon) i Jonasem Kocherem (akordeon) dwa własne utwory: „festhalten, loslassen” (2013) oraz „A Single Charm is Doubtful (Hormony Series #14)” (2004-2006). Była to muzyka niezwykle spokojna, oparta na niewielu dźwiękach, eksplorująca ciszę, interferująca z audiosferą. Pisaro to weteranem cage’owskiego eksperymentalizmu, do którego odnosi się dziś z sentymentem i zarazem dystansem jako do tradycji już przebrzmiałej. Ceniony pedagog Pisaro wychował pokolenie twórców, które o muzyce myśli zupełnie inaczej (m.in. Julię Holter i Jennifer Walshe). Spotkanie z amerykańskim kompozytorem miało charakter wspominkowy, co nie umniejsza znaczenia jego wizyty w Polsce, zaś wysublimowane minimalistyczne kompozycje Pisaro działają swoim klimatem.

Spotkaniem z żywą historią był też występ Keitha Rowe (*1940), muzyka związanego w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku z orkiestrą improwizatorów AMM. W przeciwieństwie do Pisaro, Rowe mimo upływu lat pozostaje buntownikiem, choć jego eksperymenty weszły dawno temu do słownika współczesnej muzyki i stanowią zasób jej możliwości. Dlatego chyba projekt „Venerable Bede” obu artystów nie zrobił wielkiego wrażenia: Pisaro i Rowe improwizowali, zachęcając publiczność do swobodnego przemieszczanie się, na końcu zaś ich dźwięki zderzone zostały z setem didżejskim na placu przed zamkiem. Przenikanie się kilku rzeczywistości dźwiękowych, żywy kolaż przestrzeni – tak najkrócej można streścić koncepcję ich występu.

Największym wydarzeniem tegorocznego „Sanatorium Dźwięku” były dwa koncerty znakomitego Ensemble Phoenix z Bazylei, które odbyły się we wspomnianym Kinoteatrze „Zdrowie”. Już pierwszego wieczora szwajcarscy muzycy wykonali interesujący program z kompozycjami Antoine’a Chessexa (*1980), Kaspra T. Toeplitza (*1960) i Roberta Piotrowicza (*1973). Wyjątkowość tego programu polegała na tym, że kompozytorzy są – też lub przede wszystkim – improwizatorami i specjalizują się w eksperymentalnej elektronice tudzież muzyce noise. W przypadku Roberta Piotrowicza współpraca z zespołem instrumentalnym była wręcz zdarzeniem niecodziennym i zakładała całkowicie inny tryb pracy, oparty raczej na pewnych intuicyjnych rozwiązaniach niż na regularnej kompozycji. Inicjatywa współpracy wyszła ze strony szwajcarskich muzyków, a koncert w Sokołowsku był polską premierą projektu zrealizowanego kilka miesięcy temu z Bazylei. To między innymi wyróżnia Ensemble Phoenix spośród innych zespołów specjalizujących się w muzyce współczesnej, że podejmuje współpracę z muzykami wywodzącymi się ze sceny muzyki eksperymentalnej. Wspólne projekty Ensemble Phoenix zrealizował m.in. z Jérôme Noetingerem, Lou Reedem, Keiji Haino i Zbigniewem Karkowskim. Część członków Ensemble Phoenix sama jest aktywna na scenie eksperymentalnej, co z pewnością tłumaczy zainteresowanie tego typu działaniami.

Najogólniej rzecz ujmując, wszystkie utwory wykonane w Sokołowsku przez Ensemble Phoenix łączyła próba translacji muzyki elektronicznej na medium instrumentalne (fortepian, flet, klarnet, trąbka, perkusja, kontrabas, saksofon, gitara elektryczna i elektronika). Na pierwszym planie znalazło się czyste brzmienie, niczym w historycznych kompozycjach Xenakisa, Ligetiego czy Pendereckiego. Słychać było typowe dla lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych operowanie masami dźwiękowymi poprzez dyskretne powtarzanie pewnych drobnych gestów instrumentalnych, a także działanie kontrastem. Intensywności muzyce instrumentalnej dodawała elektronika. W tym sensie udane skądinąd kompozycje „Metakatharsis” (2015) Chessexa oraz „Rupture&Dissipation” (2012) Toeplitza były do siebie zbliżone. Nieco inaczej, ale niestety słabiej prezentowały się utwory Piotrowicza, który miał chyba ambicje stworzenia kunsztownej kompozycji z rozwiniętymi partiami poszczególnych instrumentów i zróżnicowanym przebiegiem. Niestety ograniczenie rzemiosła, względnie nieznajomość współczesnych technik instrumentalnych uniemożliwiały mu rozwinięcie interesującej narracji, co uderzało zwłaszcza w utworze „Grund” (2015), mniej zaś w „Apendic” (2015).

Drugi koncert Ensemble Phoenix był poświęcony Alexowi Buessowi (*1954), nie znanemu mi wcześniej kompozytorowi szwajcarskiemu. Zabrzmiały trzy kompozycje, w tym fletowo-perkusyjna „Khat” (2003), w której nietypowe instrumentarium perkusyjne współgrało z dziwne ustrukturowanymi rytmami i ogólnie intrygującym dialogiem tego instrumentu z fletem altowym. Zjawiskowy okazał się utwór na perkusję solo „N.S.” (1995), oparty na karkołomnych xenakisowskich rytmach i ostrych, jednorodnych brzmieniach instrumentów membranowych i metalowych płytek, obsługiwanych nogami. A wszystko to doprawione smakowitą elektroniką i imponującą wirtuozerią. Z kolei kompozycja „Vortex V1_01” (2009) na flet, perkusje i fortepian opierała się na rozmaitych dźwiękach szmerowych, uzyskiwanych m.in. przez nałożenie na flet wielkiego szeleszczącego wora. Efekt zamierzenie komiczny działał z tym większą siłą, że humor czy komizm to kategorie praktycznie nieobecne w śmiertelnie poważnej muzyce (post)eksperymentalnej.

Bardzo dobry okazał się ponadto występ włoskiego wirtuoza magnetofonu szpulowego Valeria Tricolego (*1977), który w minioperze „Upadek nagrywania” wcielił się w swego duchowego mistrza i pioniera musique concrète Pierre’a Schaeffera, przetwarzając na żywo fragmenty jego archiwaliów. W opracowaniu koncepcji i libretta pomagali mu kuratorzy Michał Libera i Daniel Muzyczuk. Pod tym samym szyldem „Upadku nagrywania” odtworzona została kompozycja audiowideo Alessandor Bosettiego (*1973), kompozytora zajmującego się przekładalnością mowy na dźwięki. W będącym work-in-progress utworze „Leoš Janáček Notebooks” artysta opracowuje zapiski czeskiego kompozytora, obejmujące tekst i fragmenty nutowe. W tym celu Bosetti udał się do archiwum Janáčka w Brnie. Nakładające się teksty tych zapisków w formie zarówno audio, jak i wideo, migawki z archiwum stanowią główny materiał niewątpliwie przemyślanej kompozycji. Poprzedzony wykładem projekt Libery i Muzyczuka, który przepowiada koniec kultury nagrywania, obejmował jeszcze jeden koncert, niestety nieudany. Pomysł translacji nagrania na obiekty wizualne, które pełniły funkcję partytur, był stary, efekt zaś przewidywalny, bo każdy z muzyków zagrał oczywiście swoje dźwięki. Było to słychać zwłaszcza w grze Johnny’ego Changa i Mike’a Majkowskiego, którzy de facto powtórzyli występ z poprzedniego dnia, oparty na bardzo elementarnych gestach.

Nie sposób szczegółowo opisać wszystkich wydarzeń tegorocznego „Sanatorium Dźwięku”. Wspomnijmy więc jeszcze o polskich akcentach, w tym o występie (niestety zakłóconym technicznie) Anny Zaradny (*1977) obejmującym dwie kompozycje: „Octopus” (2012) w formie muzycznego wideo oraz wykonany na żywo przez artystkę „Go Go Theurgy” (2016). Ciekawie wypadł dialog Gerarda Lebika (*1980), kuratora „Sanatorium Dźwięku”, ze Stephenem Cornfordem (*1979) – obaj mieli do dyspozycji stare telewizory i swój set wykreowali na dźwiękowo-wizualnym materiale usterek i zakłóceń. W miejscowej „galerii” można było w czasie trwania festiwalu oglądać ładną instalację Cornforda „Migration”, wykonaną z kilkudziesięciu przerobionych walkmanów. Efektowny był występ solo Kaspra Toeplitza, kończący festiwal w parku przed zamkiem: niezwykle wyrafinowany, dramaturgicznie dopracowany noise.

Ten rok był szczególny dla Sokołowska i organizowanych przez Fundację „In Situ” festiwali, bo zbiegł się w czasie z Europejską Stolicą Kultury we Wrocławiu, która wspierała te działania. Mam nadzieję, że również w przyszłym roku, kiedy życie kulturalne na Dolnym Śląsku wróci do zwyczajności, kuracja w „Sanatorium Dźwięku” będzie kontynuowana z podobnym rozmachem i na równie wysokim poziomie. Skojarzenie gruźlicy i sztuki ma długą historię, a lodowate prysznice dźwiękowe są bardzo zdrowe.

źródło: „Odra” 10/2016

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s