Berlin, techno i technoturyści

Obrazek

Zabawa po berlińsku

Cztery lata temu, wraz z grupą dziennikarzy muzycznych z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, uczestniczyłam w organizowanym przez Instytut Goethego tygodniowym pobycie studyjnym w Niemczech. W programie było zwiedzanie Bayerische Rundfunk w Monachium i Radio Berlin Brandenburg, a także spotkania z przedstawicielami rozmaitych wydawnictw muzycznych, jak magazyn „De:Bug” poświęcony „elektronicznym aspektom życia”, czy wytwórnie płytowe Monika Enterprise i hhv.

Kulminacją programu był clubbing w Berlinie. Do białego rana wędrowaliśmy po legendarnych miejscach, takich jak Ritter Butzke czy Tresor. Zapamiętałam zwłaszcza wizytę w drugim klubie, zlokalizowanym w malowniczej postindustrialnej przestrzeni częściowo nieczynnej elektrowni przy Köpenicker Straße, znanej jako Kraftwerk Mitte. Legendarna świątynia techno powstała zaraz po upadku muru berlińskiego i początkowo mieściła się w ruinach dawnego domu towarowego w okolicy Placu Poczdamskiego, nieopodal dawnej „strefy śmierci”. Najlepsze lata ma już niewątpliwie za sobą, choć bawiąc się tam, nie odniosłam wrażenia, by była to kultura zmierzchu. Gigantyczna przestrzeń z kilkoma scenami na różnych poziomach, długi i mroczny korytarz prowadzący do sceny zlokalizowanej najniżej, zwanej „piekłem”, na której Azjatka za kratą serwowała ciężkie, industrialne i bardzo szybkie hard techno, robiły piorunujące wrażenie. Goście klubu w swych ekscentrycznych stylizacjach czynili sytuację bardzo teatralną i nierealną. Opuszczając Tresor o szóstej nad ranem myślałam, że ta jedna wizyta starczy mi do końca życia. Czułam się przeniknięta dźwiękiem, a głowa przez kolejny dzień pulsowała jednostajnym rytmem.

Kiedy parę miesięcy później, przy okazji kolejnego pobytu w Berlinie, w księgarni Dussmann znalazłam książkę Tobiasa Rappa Lost and Sound. Berlin, Techno und der Easyjetset (Suhrkamp 2009), postanowiłam ją kupić. Okazała się lekturą bardzo interesującą i – jak się potem dowiedziałam – również pionierską: to pierwsze opracowanie na temat fenomenu berlińskiej sceny muzyki klubowej, która przez wielu uważana jest za najważniejszy „produkt” niemieckiej kultury nie tylko muzycznej ostatnich lat.

W swej książce Tobias Rapp, dziennikarz muzyczny i redaktor działu muzyki popularnej niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, opisuje muzykę i subkulturę techno po roku 2000, kiedy nastąpił jej ponowny rozkwit. Omawia najważniejsze kluby, oprócz wspomnianych wyżej także m.in. Watergate, Berghain, Club der Visionäre czy Weekend. Bo to one, a nie jakieś gwiazdy, przyczyniły się do rozwoju berlińskiego techno. Wyjaśnia, jak powstała nowa strefa klubowa nad Szprewą na granicy dzielnic Kreuzberg i Friedrichshain, gdzie po gentryfikacji dzielnicy Mitte przeniosło się życie nocne. Opowiada też o społecznym i politycznym fenomenie tej sceny, jak rodziła się w zjednoczonym Berlinie i jak silnie ukształtowała jego dzisiejszy obraz. Nie przypadkiem książka ta leżała w Dussmannie na półce z pracami poświęconymi historii i współczesności Berlina, z reportażami o mieście i rozmaitymi przewodnikami. Bo taka właśnie jest: to opowieść również o stylu życia mieszkańców miasta, o ważnych dla nich momentach, jak wygrana walka przeciwko niesławnemu projektowi MediaSpree, w którym lokalna społeczność Kreuzberga i niezależne kluby wyparły znad brzegów Szprewy wielki biznes medialny. Przeplatają się w niej fragmenty reportażowe, rozmowy z uczestnikami tej sceny, didżejami, producentami muzycznymi, klubowiczami i technoturystami.

O książce Rappa przypomniał mi jej polski przekład pod tytułem Zagubieni w dźwięku. Berlin, techno i technoturyści, wydany z inicjatywy krakowskiej Fundacji Kultural Kolektiv w 2013 roku. Inicjatywy niewątpliwie chwalebnej, choć przekład Izabeli Wilkosz nie jest niestety zbyt wierny. Książkę czyta się wprawdzie gładko, jednak porównanie z oryginałem prowadzi niekiedy do zaskakujących odkryć. Przykładem wątpliwej licentia poetica jest choćby zdanie, które w oryginale brzmi „Rozwój muzyki techno można wywieść od Karlheinza Stockhausena” („Man kann die Entwicklung dieser Musik von Karlheinz Stockhausen aus herleiten“, s. 205-206), a tłumaczka oddaje to jako „O rozwoju techno można pisać, opierając się na różnorakich teoriach muzykologicznych”. Spuśćmy więc zasłonę milczenia na przekład i wróćmy do samej książki.

Teza Rappa jest następująca: fenomen techno i tym samym życia klubowego Berlina jest wypadkową kilku czynników, tłem zaś upadek muru i zjednoczenie Niemiec, które zaowocowało wielką euforią przede wszystkim Ossis, szczerych propagatorów tej kultury. Po pierwsze, nie byłoby berlińskiego techno bez szczęśliwego spotkania z didżejami z Detroit, którzy założyli sobie w Berlina europejską „bazę” (we wspomnianym klubie Tresor). Drugim czynnikiem była niepewna sytuacja prawna wielu nieruchomości po upadku muru, które były oddawane za bezcen rozmaitym inicjatywom kulturalnym i społecznym w czasowy najem, który przedłużał się od kilku miesięcy do nawet kilkunastu lat. Liczne w mieście pustostany obniżały ponadto ceny mieszkań, a do Berlina ściągali artyści, zwabieni niskimi kosztami życia i możliwościami twórczej pracy. Tendencję tę umocniło niepowodzenie dotyczące planów przekształcenia Berlina w wielką metropolię handlową – miasto nie przyciągnęło tak licznych inwestorów, jak zakładali początkowo włodarze. Wreszcie trzecim czynnikiem, który przyczynił się do rozkwitu muzycznej sceny miasta, były tanie linie lotnicze, które sprawiły, że zintensyfikowała się wymiana artystyczna, do Berlina zaczęli zaś pielgrzymować miłośnicy muzyki elektronicznej z całego świata.

To nie handel czy zabytki, lecz techno okazało się wielkim magnesem przyciągającym do stolicy Niemiec klasę kreatywną i turystów, którzy generują spore przychody. Szybko pojęli to i docenili liberalni politycy, a w berlińskim Senacie powołano nawet specjalny urząd ds. klubów. Do historii przeszło też powiedzenie burmistrza Klausa Wowereita: „Berlin jest biedny, ale sexy”. W ciągu dziesięciu lat nowego wieku scena techno odżyła i rozrosła się do niespotykanych rozmiarów, wykształcił się też charakterystyczny sposób imprezowania (które trwa cały tydzień).

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, klubowa scena Berlina nie uległa komercjalizacji i nadal jest przestrzenią eksperymentów muzycznych i społecznych. Berghain organizuje nie tylko imprezy taneczne, ale też projekty eksperymentalne, to także jedna ze stałych scen festiwalu nowej muzyki „MaerzMusik”. Rapp zwraca również uwagę na rozmaite ciekawostki socjologiczne, jak choćby to, że średnia wieku uczestników imprez w Berlinie jest wyższa niż w innych miastach. Jego zdaniem wynika to ze szczęśliwego połączenia kultury techno z kulturą gejowską, dlatego też w Berlinie na parkiecie spotykają się i razem bawią hipsterzy z Mitte, łysi, napakowani Ossis i geje!

Tobias Rapp, zapytany w posłowiu o to, jak książka została przyjęta przez jej bohaterów, przyznał, że niektórzy byli oburzeni tym, że wyprowadził ich z podziemia. Dotąd kultura techno była trochę dla wtajemniczonych, dziś każdy na świecie wie, co to jest Berghain i chce tam pójść. Berlin i jego kluby stały się atrakcją turystyczną oraz punktem w programie pobytów studyjnych organizowanych przez Instytut Goethego dla dziennikarzy z innych krajów. Pamiętam dziwne uczucie, kiedy przy wejściu do Tresora groźny selekcjoner wpuszczał nas na hasło „Goethe-Institut”. Ale w końcu, jak przyznaje Rapp – „taka jest kolej rzeczy w subkulturze. Nic w niej nie trwa wiecznie i wcale nie powinno. Próba zachowania jej jako dziedzictwa narodowego to kompletny bezsens, ponieważ ona musi być żywa”.

Ulotność, anonimowość i swoista hermetyczność berlińskiej sceny muzycznej to jej ciekawy rys, podobnie jak niezależność od wielkich koncernów medialnych oraz permanentna laboratoryjność muzyczna i społeczna. Przykładem może być historia opisywanego przez Rappa Bar25, dziś już nieistniejącego, który przekształcił się najpierw w Kater Holzig, a wreszcie w urbanistyczno-kulturalne przedsięwzięcie Holzmarkt, łączące śmiałą koncepcję kultury muzycznej z wizjonerską architekturą i projektowanym przez nie stylem życia. Ale to już kolejny rozdział historii kultury w Berlinie, który ktoś na pewno kiedyś opisze.

źródło: „Odra” 3/2014

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s