LENS & COETZEE

Opera „Slow Man” Nicholasa Lensa do libretta Johna Maxwella Coetzeego

Współczesny teatr muzyczny jest gatunkiem niejednorodnym: eksperymenty na pograniczu koncertu i instalacji plastycznej współistnieją bezkonfliktowo z tradycyjnymi spektaklami z muzyką i reżyserią. Być może nie ma już sensu mówić o gatunku teatru muzycznego, względnie – opery, jako zamkniętym zbiorze cech, bo jak tu znaleźć płaszczyznę wspólną dla Aperghisa i Adamsa, Furrera i Ablingera, Goebbelsa i Dusapina…?
Ten, kto 5 lipca spodziewał się sceniczno-muzycznego eksperymentu w Teatrze Wielkim w Poznaniu, gdzie w ramach festiwalu teatralnego „Malta” miała premierę opera Slow Man Nicholasa Lensa do libretta Johna Maxwella Coetzeego w reżyserii Mai Kleczewskiej, musiał być zawiedziony. Ale czy nie jest przypadkiem tak, że sam szacowny gmach operowy ogranicza poszukiwania artystyczne do ram teatru z muzyką dla określonej publiczności? Czy należy oczekiwać, że konserwatywna z natury instytucja przekroczy granice, które de facto ją konstytuują? Niemieckie teatry operowe dowodzą, że tak…
Idąc w upalny lipcowy wieczór na premierę, nie oczekiwałam fajerwerków, a nawet żywiłam pewien sceptycyzm. Lens, nieznany bliżej kompozytor belgijski, twórca kilku oper, mówiący o swojej muzyce w kategoriach wzruszenia, intuicji, prostoty przekazu, nie zapowiadał się na ciekawą osobowość twórczą. Coś mi zresztą podpowiadało, że autorem sukcesu opery jest nie Lens, lecz Coetzee, pisarz urodzony w RPA, laureat Nagrody Nobla w 2003 roku. Jego sylwetka była jedną z idée fixe tegorocznej „Malty”. Obawy podtrzymywało w dodatku nazwisko Kleczewskiej, która ostatnio zraziła warszawską publiczność interpretacją Orestei, do której muzykę skomponowała Agata Zubel.
Na kwadrans przed dzwonkiem zaświtała jednak jaśniejsza myśl. Lens jest Belgiem, a ci potrafią zawładnąć uchem odbiorcy. Właściwie trudno powiedzieć, na czym polega fenomen muzyki niderlandzkiej. Daleko jej do niemieckiej „konieczności” eksperymentowania (wyjątkiem, na dodatek tragicznym, był Karel Goeyvaerts). Twórcy z Beneluksu trzymają się raczej z daleka od wszelkich nowinek techniczno-muzycznych i chyba tylko amerykański minimalizm zmieszany z surowością, rytmem i popularnym charakterem niektórych utworów Strawińskiego odcisnął swe piętno na muzyce niderlandzkiej. Warto też pamiętać, jak żywa jest w tych krajach tradycja modernistyczna w duchu konstruktywizmu Pieta Mondriana.
I rzeczywiście, co by nie powiedzieć o muzyce Slow Mana, jest napisana sprawną ręką dobrego rzemieślnika – w najlepszym z możliwych znaczeniu tego słowa. Odnieść to można i do biegłości polifonicznej, i giętkości orkiestracji, i do zręcznego budowania napięć i odprężeń. Powracający sporadycznie w partyturze idiom muzyki filmowej nie wziął góry nad całością partytury, przesuwał się za to nieustannie w położone niżej (znaczy: głębsze) rejony nowoczesnego ekspresjonizmu, jaki znamy choćby z utworów Louisa Andriessena czy Michela van der Aa. Pełna liryzmu i melancholii muzyka, z wyodrębniającą się rolą perkusji, znakomicie dopasowanymi liniami wokalnymi i chóralnymi wstawkami, była zarazem prosta i wysublimowana. Tym, co daje jej życie, jest detal, drobny element, czasem uchwytny motyw (jak w finałowej „arii” Elizabeth Costello), innym razem ciekawa harmonia, nieustanna zmienność kształtów, przepływ, ulotność. Prawie dwugodzinna opera miała wprawdzie momenty, w których napięcie słabło (mniej więcej w trzech czwartych), ale być może spowodowane to było zatrzymaniem się akcji, zbytnią statycznością monologów wewnętrznych bohaterów, którzy – jak się zdaje – opowiedzieli już o sobie wszystko, co było do opowiedzenia. Muzyka niosła te monologi dzielnie do końca, przy czym chyba najlepiej sprawdzała się w charakterze ścieżki dźwiękowej do filmu.
To jeden z elementów inscenizacji Mai Kleczewskiej, znany ze spektakli operowych także innych reżyserów. Nie tylko muzyka, ale i środki sceniczne, poetycki realizm, elementy dokumentalne przywodziły na myśl operę tzw. „filmową”, jak choćby After life Michela van der Aa, która notabene dotyka podobnych tematów, co Slow Man, czyli starości i przemijania, trudnych wyborów, tęsknoty za nieokiełznaną namiętnością…
Już na początku opery (w uwerturze?) użyty został film: przy pełnej namiętności i tęsknoty muzyce obserwowaliśmy zbliżenia twarzy bohaterów, dyskretną grę emocji, a potem także rejestrowane na żywo ciała w miłosnym uścisku. Wbrew obawom o „przerafinowanie”, Kleczewska stworzyła widowisko czyste, proste, skoncentrowane na sednie.
Powieść Coetzeego (polskie wyd. Powolny człowiek, Znak 2005), która jest kanwą libretta, nie ma w zasadzie wiele wspólnego z operą. Pisarz wybrał jeden epizodyczny wątek i zbudował łuk, który prowadzi do zaskakującego zakończenia. Tragiczny los Paula Raymenta (znakomity, charyzmatyczny Mark S. Doss), który traci nogę w wypadku drogowym, staje się przedmiotem intrygi Elizabeth Costello (obdarzona zmysłowym głosem Lani Poulson). Umowność i swoista skrótowość libretta operowego sprawia, że jej pojawienie się w życiu mężczyzny nie potrzebuje uzasadnienia (w książce jest ona pisarką, ale i swego rodzaju narratorem wszechwiedzącym). Pod pozorem opieki i szczerego zainteresowania Raymentem, Costello podsyca w starzejącym się i kalekim mężczyźnie płomień pożądania i namawia go do spotkania z niewidomą Marijaną (delikatna Carlon McFadden) – w powieści chodzi o Mariannę, Marijana odgrywa w życiu Raymenta nieco inną rolę. Spragnieni miłości fizycznej, której nie zastąpi troska ni współczucie, nieco wbrew woli padają sobie w ramiona. Poranek przynosi niesmak i poczucie winy – Paul i Marijana przecież ledwie się znają. Okazuje się, że za intrygą Costello skrywa się dojmująca samotność jej samej. Odtrącona przez Paula, pozostaje sama ze swym niespełnieniem i tęsknotą do bliskości. Śpiewa na pustej scenie „arię” o przemijaniu, kruchym szczęściu i utraconej młodości. Mogła się zakręcić łezka w oku…
Prosta zdawałoby się opowieść zaczerpnięta z życia, osadzona w psychologii, różni się od tysięcy zdawałoby się podobnych ckliwych operowych historii. Niesie prawdę życia i zarazem uświadamia, że opera doskonale radzi sobie z realizmem scenicznym. Wciska w fotelik i zmusza do namysłu nad smutnym obliczem starości. Szczęście, początkowo tak łatwo definiowane przez miłość i fizyczne zbliżenie, okazuje się dużo bardziej skomplikowane, niepodatne na manipulację.
Siła opery Slow Man polega na ograniczeniu ilości postaci scenicznych do trzech. Przestrzeń spektaklu Mai Kleczewskiej jest więc bardzo intymna, skupiona na skrywanych przeżyciach, w których odsłonięciu pomaga film i taniec. W tle nieustannie przesuwają się pojedyncze figury, archetypiczne w swej nagości i androgyniczności. Jakkolwiek choreografia Mikołaja Mikołajczyka nie porażą, a wręcz razi schematycznością gestów stylizowanych na ułomność, chorobę, subtelny ruch nie przeszkadza, lecz tworzy dodatkową warstwę tego przejrzystego spektaklu. Na niewielki zbiór rekwizytów, które przygotowała scenografka Katarzyna Borkowska, składają się wózek inwalidzki, balkoniki dla niepełnosprawnych, poręcze i lustra. Reszty dopełnia światło Wojciecha Pusia. I tyle, bez przegadania, równoległych narracji, zbędnej symboliki. Pochwalić należy ponadto aktorstwo, tak często zastępowane wachlarzem konwencjonalnych operowych gestów. Z pewnością Mai Kleczewskiej dobrze pracowało się z solistami, którzy promieniowali charyzmą sceniczną i ogromnym doświadczeniem. Mocne głosy, których partie pomyślane zostały przez Lensa jako niekończące się melodie, rozpięte na szerokim ambitusie, pełne skosów i trudnych interwałów, splatały się w duetach i górowały nad masą muzyki instrumentalnej (dobra forma orkiestry Teatru Wielkiego w Poznaniu pod batutą Bassemi Akiki). Wszystko to sprawia, że wieczór należy zaliczyć do udanych, mimo że nie było eksperymentów ni fajerwerków, a jedynie kawał porządnej roboty muzycznej, reżyserskiej i wokalnej.
Źródło: „Ruch Muzyczny” 16-17/2012
    

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s